Zwyczajny cud…

Jak to zwykle przed rozpoczęciem ścisłego sezonu, nie mogłem przez ostatnie miesiące narzekać na brak zajęć. Oprócz codziennej rutyny, coraz więcej czasu pochłaniały intensywne przygotowania do koniecznych zmian, zaś doba – po staremu – ma tylko 24 godziny i choć dni stawały się coraz dłuższe, to działo sie to oczywiście kosztem nocy, a w efekcie zwyczajowy „zasuw” od wschodu do zachodu słońca zostawiał coraz mniej czasu na sen.

Ponieważ parę lat temu – absolutnie na własne życzenie – wypadłem z branży szkoleniowej (w dalszym ciągu nie uważam za stosowne udostępniania specjalistycznej wiedzy celem tworzenia narzędzi manipulacji ludźmi, już nie mówiąc o samym ich tworzeniu), tym większym zaskoczeniem był dla mnie telefon gdzieś tak w połowie maja z propozycją poprowadzenia jako jeden z prelegentów krótkiej serii trzech wykładów w trzech miastach na terenie Polski. Organizatorzy zapewniali oczywiście transport, noclegi i wyżywienie oraz w miarę przyzwoitą stawkę za cały cykl.

Jeszcze dwa miesiące wcześniej nie byłoby większego problemu, ale akurat trzy dni wyrwane z życiorysu „gdzieś w czerwcu” mogły stanowić niebagatelne obciążenie w krytycznym momencie, a ponieważ w dodatku zakres tematyczny przedstawiony w rozmowie był cokolwiek niejasny, jakoś nie zapałałem entuzjazmem do tej propozycji. Niemniej, głównie ze względu na przedstawioną mi osobę bardzo poważnego klienta, wyraziłem wstępnie zgodę, szczególnie że wszystko wskazywało na to, że nic z tego nie wyjdzie. Kiedy więc w obiecanym terminie nie otrzymałem ani szczegółów oczekiwań ze strony klienta ani jakiegokolwiek potwierdzenia kontynuacji tematu, uznałem sprawę za zakończoną, a sobie w duchu pogratulowałem niezłego „nosa”.

A zupełnie niesłusznie… Jakoś tak tuż przed Bożym Ciałem okazało się nagle że wszystko jest aktualne, że bardzo proszą, że to już przyszły tydzień, więc głupio byłoby się nagle wycofać z przedsięwzięcia i zostawić sprawę „na lodzie”, skoro w świetle braku odzewu nie wysłałem we właściwym czasie prostego maila o desinteressement dalszym ciągnięciem sprawy.

Volens-nolens poprosiłem o harmonogram i zakres tematyczny, ku mojemu zdziwieniu harmonogram  dostałem niezwłocznie i dowiedziałem się, że zakres mam zaproponować sam w nawiązaniu do głównego tematu spotkań. Nawet więc nie mogłem wykręcić się, że nie dam rady.

Co prawda propozycja jazdy wspólnym samochodem z innymi prelegentami była bardzo kusząca, ale trzeba trafu że akurat te trzy dni, tuż przed rozpoczęciem ścisłego sezonu, miałem napięte jak struna, w związku z czym bardzo podziękowałem i zaproponowałem, że po prostu przyjadę we własnym zakresie na sam wykład, zaś po jego wygłoszeniu zniknę jak sen złoty, zjawiając się ponownie w kolejnym miejscu we właściwym czasie (czyli nie później niż „pięć minut” przed).

O dziwo nie spotkałem się ze sprzeciwem, więc otworzyłem sobie maps.google, żeby zaplanować jakoś logistycznie całość. Pierwszy wykład w dużym mieście na Podlasiu, drugi we Wrocławiu, trzeci w Poznaniu. No, fajnie, „tour de Pologne”, na szczęście z noclegiem przed Poznaniem, ale za to pomiędzy pierwszym a drugim dniem mogę wpaść do Warszawy, żeby owocnie wykorzystać noc do pracy.

Ale tak patrzę sobie na tę mapę i coś mi zaświtało… Przecież pierwszego dnia mam wykład coś z pięćdziesiąt kilometrów od Sokółki, drugiego niewiele więcej od Legnicy, zaś trzeciego coś z osiemnaście od ścisłego centrum starówki w Poznaniu. Mówi Wam to coś?

Bo mi i owszem. We wszystkich tych miejscach miały miejsce Cuda Eucharystyczne, jedyne w historii Polski zresztą. W Poznaniu jeszcze za Jagiellonów (http://www.trzyhostie.pl/27,0,historia-cudu.html), konkretnie w 1399 roku, w Sokółce za pierwszego Tuska (październik 2008 r., http://www.sokolka.archibial.pl/wydarzenie_eucharystyczne/komunikat_kurii_metropolitalnej), zaś w Legnicy niemalże ledwo co, bo w pierwszy dzień Bożego Narodzenia 2013 (http://niedziela.pl/artykul/21687/Cud-eucharystyczny-w-Legnicy).

Tak więc w oktawie Bożego Ciała 2017 ni z tego ni z owego w zasięgu ręki znalazło się dla mnie odwiedzenie tych trzech wyjątkowych miejsc, na co nigdy dotąd nie miałem czasu !

Czytelnicy moich tekstów może pamiętają, jaką wagę dla rozpowszechnienia się w Europie zasad skutkujących powstaniem Cywilizacji Łacińskiej miało Święto Bożego Ciała, jakie znaczenie dla powstania metafizyki św. Tomasza z Akwinu i całego tomizmu miało zaangażowanie św. Alberta Wielkiego (wraz z jego najlepszym uczniem, czyli św. Tomaszem) w rozwiązywanie sporu teologicznego wokół objawień św. Julianny z Mont Cornillon, pod wpływem których domagała się ustanowienia Święta Bożego Ciała, oraz jakim impulsem do realizacji tego celu był Cud Eucharystyczny w Bolsano/Orvietto (http://naszeblogi.pl/46761-ratunek-dla-europyhttp:// http://naszeblogi.pl/46213-swieta-zmartwychwstania-w-olewanej-katedrze czy też http://naszeblogi.pl/62189-boze-cialo-swieto-cywilizacji-lacinskiej).

Tak więc można powiedzieć, jechałem przygotowany – pełen wiary, wiedzy, pewności siebie oraz wewnętrznego spokoju.

No i we dwa kolejne dni, dzień po dniu, całą moją pewność siebie dokumentnie szlag trafił…

Klęcząc w Sokółce przed zamkniętą za kratą, odległą o dobre cztery metry monstrancją, wpatrywałem się w zamknięty w niej kawałek tkaniny z krwistoczerwoną grudką umęczonego, ale żywego, konającego serca, trwającą już osiem lat wbrew prawom biologii, fizyki, chemii i nauk pokrewnych, a nade wszystko wbrew temu mojemu rozumowi, co to taki dumny z niego byłem i tak ładnie wszystko wiedziałem i w ogóle…

Po prostu klęczałem, nie starałem się zrozumieć, nie miałem żadnego mętliku w głowie, nie ogarniały mnie jakieś euforyczne stany, nie targały mną emocje – po prostu klęczałem przed Tym który oddał za mnie życie na krzyżu, po prostu z miłości do mnie, niepojętej, nieogarnionej miłości Boga do lichego stworzenia, które nawet nie rozumie co się do niego mówi czy pokazuje, a otrzymaną wolność wykorzystuje głównie do tego, by bezrefleksyjnie powiedzieć swojemu Stwórcy „NIE”…

Z tym nierozumieniem tego co się mówi i pokazuje to następnego dnia miałem okazję przekonać się osobiście. Kiedy już po wykładzie dotarłem do Legnicy – a właściwie „dotarliśmy”, bo po prostu pojechaliśmy razem z żoną – zapytaliśmy przed wejściem do kościoła o wystawienie Najświętszego Sakramentu. Wskazano nam kaplicę wieczystej adoracji, poszliśmy tam i zaczęliśmy się modlić. Co prawda na hostii w monstrancji widać było jakieś trzy szare plamki, ale widok nie był tak wstrząsający intelektualnie jak w Sokółce, zresztą złożyłem to na karb zarówno pewnego już zmęczenia, jak i „oswojenia się” z Cudem, ostatecznie poprzedni dzień w Sokółce był dla mnie przeżyciem absolutnie nieporównywalnym z niczym do tej pory.

Jak wspomniałem, pomodliliśmy się, wyszliśmy z kaplicy, po czym zacząłem szukać księdza proboszcza, jako że będąc pod wielkim wrażeniem wywiadu jakiego kiedyś udzielił, chciałem podzielić się z nim wspomnianym odkryciem dotyczącym św. Tomasza z Akwinu i św. Julianny z Mont Cornillon etc., zaś żona poszła do przykościelnego sklepiku z dewocjonaliami i literaturą, aby kupić książkę o Cudzie w Legnicy.

Księdza proboszcza spotkałem, porozmawialiśmy chwilę, po czym wróciłem do żony. Na mój widok rozmawiająca ze sprzedawczynią moja lepsza połowa powiedziała: „Możesz opowiedzieć Pani o św. Juliannie?”. Ponieważ po rozmowie z proboszczem byłem akurat w temacie, zacząłem opowiadać całą historię, a widząc żywe zainteresowanie, nawiązałem do objawień Rozalii Celakówny oraz Aktu Intronizacji i znaczenia Cudu w Sokółce i Legnicy dla Polski i Polaków.
Pani bardzo podziękowała i zapytała, czy nawiedziliśmy już monstrancję z Cudem, zgodnie powiedzieliśmy, że od tego zaczęliśmy i już byliśmy w kaplicy wiecznej adoracji, na co usłyszeliśmy: „Ale to przecież nie tam !!!”.

Rozumiecie? Przejechałem „pińcet” kilometrów ciągnąc ze sobą żonę, do właściwego kościoła oczywiście trafiłem, po czym ze stoickim spokojem przeszedłem o dziesięć metrów od monstrancji z Cudem, nawet jej nie zauważając… I to parokrotnie, bo szukając potem księdza proboszcza, niemal na nią wszedłem, ciągle jej nie zauważając… I ja ośmielałem się śmiać w duchu z uczniów po drodze do Emmaus, którzy „poznali go po łamaniu chleba”, pół dnia z Nim wędrując oraz dyskutując, a nie widząc Go…

Pani ze sklepiku widząc nasze miny, poprosiła przechodzącą obok panią o doprowadzenie nas we właściwe miejsce i to tak, żebyśmy tym razem trafili. Pani nie tylko skwapliwie się zgodziła, ale po zaprowadzeniu nas gdzie trzeba, została z nami żeby się pomodlić. I bardzo dobrze, bo dopiero tam mnie „trafiło”…

W Sokółce monstrancja jest coś ze cztery metry od kraty, natomiast w Legnicy klęczysz niecały metr od Cudu, oddzielony od niego jedynie szybą. I znowu krwistoczerwona grudka na śnieżnobiałym korporale, tym razem o wyciągnięcie ręki… I znowu chwile zatopienia w adoracji Niezrozumiałego, po prostu płynące jedna za drugą, znowu chłonięcie tego niemożliwego widoku, wywracającego do góry nogami cały misternie budowany plan rozumowego ogarnięcia porządku świata i mojego w nim miejsca…
Ta cudownie powstała krwistoczerwona grudka Jego serca, taka sama jak w Sokółce, każda sama w sobie już niemożliwa, a razem będące niemożliwym do kwadratu, są czymś, przed czym można tylko klęczeć i kontemplować Jego wielkość…

Teraz już wiem, że na tych dwóch grudkach Jego ciągle żywego, konającego serca odbudujemy Europę, przywrócimy ludziom godność i odbudujemy ludzką wolność, również wolność do tego, żeby to odrzucili i żyli po swojemu, po prostu odbudujemy Europę Cywilizacji Łacińskiej…

Nie wiem jak, ale nasz Król, który dał nam te dwa kawałki Swojego serca na dwóch krańcach dzisiejszej Polski, wie to na pewno. Inaczej nie żądałby abyśmy uznali Go naszym królem, prawda?

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000