Śmiertelna pułapka VAT czyli jak zabić resztę klasy średniej

Spora część Francuzów ze zdumieniem przekonała się, że ich obawy przed utratą statusu „klasy średniej” mają bardzo realne podstawy, a z kolei „klasa rządząca” dowiedziała się po raz kolejny we francuskiej historii, że lud z braku pieniędzy nie mający chleba, naprawdę nie kupi sobie ciastek.

Jakiś taki mam dziwny „feeling”, że rozgoryczenie ludzi z Francji „B” tromtadrackimi opowieściami Makarona o zastępowaniu starych samochodów diesla nowoczesnymi (i drogimi jak nieszczęście) samochodami elektrycznymi w sytuacji, gdy wielu ludziom brakuje na bilet by móc dojeżdżać do jakiejkolwiek pracy, lada moment stanie się udziałem Polaków z takiej właśnie samej Polski „B”, „C” itd.

No, jeszcze jest chwila czasu na reakcję, może tak ze dwa kwartały, ale jak się tym przemądrzałym, bardzo inteligentnym, bardzo wykształconym i z braku praktyki kompletnie nie mającym pojęcia o realnym życiu idiotom na najwyższych stanowiskach w dwóch ministerstwach (konkretnie Ministerstwie Przedsiębiorczości i Ministerstwie Finansów) nie wyrwie z łap narzędzi do niszczenia małej przedsiębiorczości, to będziemy mieli to samo, tylko że z większą beznadzieją, a to dlatego że u nas klimat chłodniejszy i w zimie się przetrwać bez ogrzewania raczej nie da.

Ciekawostką przyrodniczą jest tylko to, czy oni rzeczywiście nie mają pojęcia jak działa VAT w małych społecznościach, czy strugają durniów bo lubią sobie porządzić i poczuć się „po pańsku” w czasie urlopu albo przejazdu przez takie małe miejscowości, czy też po prostu na różnych „SGH” tak mocno wbito im do łbów  wstawianiem piątek za wykucie do poziomu odruchów różnych balcerowiczowskich pseudomądrości taką wizję świata, że nie zdają sobie sprawy, iż konsekwencją takiego systemu jest stopniowe ale nieuchronne przekształcanie ludzi w niewolników?

Ja wiem, na razie jeszcze tego nie widać tak bezpośrednio, szczególnie z perspektywy Warszawy, Gdańska czy innych dużych miast, bo to co już zaczynało się kompletnie sypać za PO-PSL trochę się dźwignęło, ale ten nadany nadzieją 2016 roku impet wsparty efektem finansowym programu „500+” już się powoli kończy zeżarty przez przepisy i inflację, a tymczasem na samodzielność przeważająca większość ludzi raczej większych szans nie ma. I żadne „małe ZUSy na start”, „działalności nierejestrowane” i inne bajki dla nie umiejących liczyć na palcach nic tu nie zmienią – po prostu bariera realnego wejścia na rynek jest tak wysoka, że większości ludzi (młodych też) w tych zwykłych, małych miejscowościach Polski „B” i „C” najnormalniej w świecie nie jest na to stać (tak jak za PO-PSL) i stać nie będzie (też jak za PO-PSL), a nadzieja na realna zmianę powoli okazuje się zwykłą ułudą.

I to ze względu na tych naszych rodaków jeszcze raz spróbuję przemówić tym nadętym bufonom do resztek rozsądku, choć – szczerze powiem – rzygać mi się chce za każdym razem jak z nimi rozmawiam, bo funkcjonują mentalnie w jakimś wymyślonym przez siebie modelu „rzeczywistości urojonej”, nie biorąc w ogóle pod uwagę, że zanim ich światłe pomysły zaczną przynosić jakieś zaplanowane przez nich pozytywne efekty (osobiście nie widzę szans, ale może mam inne kryteria), to ludzie muszą za coś żyć. A powoli nie bardzo mają za co…

No więc bardzo bym sobie życzył, aby dotarło do nich wreszcie na czym polega tytułowa „pułapka VAT” i dlaczego w sposób nieunikniony Polska „B” i „C” będzie się staczać po równi pochyłej (a dzięki ich radosnej twórczości znacznie szybciej), jeżeli tej pułapce nie wyrwie się sprężyn i zapadek. A to dlatego, że nic nie straciła na aktualności stara jak biznes zasada, iż przedsięwzięcia upadają nie ze względu na ujemny bilans, a ze względu na brak płynności (to znaczy, że można pomimo zarobionych teoretycznie kroci zdechnąć z braku gotówki, bo nam np. nie zapłacili).

Otóż każdy obszar gospodarczy (do poziomu pojedynczego człowieka prowadzącego tzw. „gospodarstwo domowe”, czyli jakoś żyjącego), możemy rozpatrywać w kategoriach bilansu „eksport – import”. Jeżeli więcej „eksportujemy” niż „importujemy”, to mamy na inwestycje, oszczędności albo na przyjemności, jeżeli jest odwrotnie, no to dopóki starczy nam zasobów (sił, czasu i pieniędzy) aby w jakiś sposób deficyt pokrywać, to jakoś trwamy, ale jeżeli nie, no to „do widzenia”, proste jak drut i nic się tu nie zmieniło od tysiącleci, chyba że mamy jednostkę autarkiczną, co to sobie sama wyhoduje i sama zeżre, ale – jak wiadomo – tego już powoli nie wolno.

Używając ulubionego powiedzenia tych pajaców, „załóżmy sobie” że na jakimś obszarze, niech to będzie gmina Mąciwody Ciche w powiecie Zadupskim Dolnym, udało się za czasów przedVATowych osiągnąć stan dodatniego bilansu eksportowo-importowego. Przyjmijmy sobie jeszcze, że z tytułu „eksportu” wpływy na teren gminy (nie „do kasy gminy”, bo to co innego, ale „na teren gminy”) wynoszą 1.200, a wydatki z tytułu „importu” 1.000 i niech będzie że milionów, bo co będziemy ludziom żałować – a cyfry pomogą w zobrazowaniu problemu.

Dzięki obecności w pobliżu dużego miasta sporo osób miało dokąd dojeżdżać do pracy (przyjmijmy że z tytułu „eksportu pracy” wpływy wynosiły połowę, czyli 600), dodatkowo na terenie gminy było kilka zakładów produkcyjnych żyjących z przerobu słynnego „dębu zadupskiego” na wysyłany do sąsiednich gmin pellet zapachowy do palenia w kominkach (kolejne 300) i parę przetwórni mleka mąciwódzkich rolników na sery pełnotłuste (dodatkowe 250). Bilans uzupełniały wpływy z rent i emerytur (niebagatelne 50) i to by było wszystko w kategorii przychodów.

Po stronie wydatków znajdowało się wszystko to, co na teren gminy było sprowadzone spoza jej granic, a ponieważ stopień samowystarczalności gminy był znaczny (obrót wewnątrzgminny wynosił, powiedzmy, 500), sporą część budżetu „importowego” stanowiły „dobra luksusowe”, czyli to wszystko co nie jest do życia absolutnie niezbędne, ale życie uprzyjemnia lub ułatwia. Szło na to, powiedzmy, 600, zaś resztę stanowiły energia (elektryczna i paliwa) w wysokości 200 oraz różne obciążenia publiczno-prawne do Skarbu Państwa, z powszechnie umiłowanym ZUSem na czele (kolejne 200).

Należy podkreślić: podatek gminny ani obrót wewnątrzgminny NIE JEST w tym ujęciu niczyim kosztem z tytułu importu, bo „zostaje w rodzinie” czyli na terenie gminy.

Jakoś tam sobie gmina żyła, odkładając grosz do grosza, już to basen budując, już to drogi asfaltując, kiedy jakiemuś mędrkowi w stolicy wpadło do głowy, żeby wprowadzić w Polsce VAT, w dodatku w taki sposób w jaki to historycznie zrobiono.

Przyjrzyjmy się więc teoretycznemu bilansowi po wprowadzeniu zmian związanych z VAT:
– po stronie przychodów mamy po staremu 600 z tytułu pracy części mieszkańców w mieście, 300 + 23% VAT z tytułu sprzedaży eksportowej pelletu (a więc razem 369), za sery 250 + VAT (8%, więc w sumie 270) no i emeryci z rencistami, jak dawniej 50. Łączny przychód „eksportowy” wynosi więc 1.289.
– po stronie wydatków mamy 600 + 23% VAT z tytułu zakupu dóbr luksusowych (a więc 738), 200 + 23% VAT za energię i paliwa (czyli 246) no i wspomniane „różne obciążenia publiczno-prawne” z ZUSem (po staremu 200). Czyli wydatki wynoszą 1.184.

Niby nie jest źle, co prawda zamiast 200 na terenie gminy zostawać powinno 105, ale zawsze byłby to plus. Ale niestety, pellet droższy o 23% dla części dotychczasowych odbiorców przestał być konkurencyjny z chrustem leśnym, więc jego „eksport” spadł w krótkim czasie o połowę, a to już spowoduje, że bilans stanie się ujemny, bo wypadnie z wpływów 184,5, więc zamiast nadwyżki 105 robi się „dziura” na 80.

W tej sytuacji ilość „importowanych” dóbr luksusowych maleje z 600 netto do 535 netto + 23% VAT, czyli równo o te 80 (oczywiście „dostają po uszach” dotychczasowi dostawcy), a gmina znajduje się w stanie równowagi eksportowo-importowej. Przynajmniej do czasu, gdy zakłady w mieście, te co to dają pracę mąciwodzianom, też nie doświadczą zmniejszenia zamówień i nie zaczną zwalniać lub obniżać pensje.

Ale przecież koniecznie trzeba uwzględnić cały obrót wewnątrzgminny, który do tej pory był obciążony tylko podatkiem dochodowym. Jeżeli uwzględnić że VAT z tego tytułu wyniesie 105 (23% od 500 to 115, ale część tego obrotu jest na 8%), to już samo wprowadzenie VAT zrównuje bilans „eksportowo-importowy”, a potem to już jest tylko gorzej.

I nie ma cudów, wszelkie zaostrzanie przepisów, uszczelnienia, zakazy palenia w piecach drewnem (nawet legalnym i certyfikowanym) itp. radosna twórczość nie potrafiących liczyć utytułowanych debili (lub indywiduów dążących do maksymalnego zniewolenia i upodlenia ludzi), tylko i wyłącznie sytuację czyni coraz bardziej beznadziejną.

No i we Francji wreszcie odczuli i dostrzegli skutki, natomiast u nas niedługo zaczniemy ich także doświadczać.

Z tego punktu widzenia tzw. „oszustwa VATowskie”, czyli normalna samopomoc międzyludzka w sytuacji braku pieniędzy na transakcję (a w każdym razie na haracz VATowski), jawi się jako jedyny ratunek, a „szara strefa” normalnym sposobem funkcjonowania, niezbędnym do przetrwania kolejnego roku, aż wreszcie ktoś rozsądny pogoni tych bezmózgich technokratów zza biurek (co to niby łaskę robią że za mare grosze oświecają nas swoim majestatem, choć woleliby już robić to za darmo, tyle że tak nie wolno).

Tym bardziej należy bezwzględnie tępić takie biurwy, jak te od tej słynnej „prowokacji bartoszyckiej” i to zarówno na poziomie wykonawczym jak i – przede wszystkim – decyzyjnym. Najlepszy jest ostracyzm towarzyski – oczywiście gdzieś pracować trzeba, jak jest robota w Urzędzie Skarbowym, to zawsze lokalny bilans się podreperuje, ale co innego praca a co innego nadgorliwość i głupota, bo one w pełni zasługują na potępienie.

Szczególnie w małych miejscowościach…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000