No, popatrz, popatrz, więc już wolno mówić o Deutschexicie?

Szanowni.

Dziś we wgospodarce.pl ukazał się ciekawy artykuł poświęcony rozważaniom o wyjściu Niemiec z Unii Europejskiej. Artykuł jest pióra p. Marka Siudaja, redaktora zarządzającego wgospodarce.pl, zaś znajduje się w nim następujący fragment:
„…uważam, że wyjście Francji z UE, choć możliwe, jest mniej prawdopodobne niż… niemiecki Ausgang.
Tak, to nie jest błąd i nie jest to pomyłka. Myślę, że w ciągu kilku lat u naszych zachodnich sąsiadów pojawi się pomysł wyjścia z UE. I to mimo oczywistych korzyści, jakie Niemcom daje UE i wspólna waluta. A wszystko przez głupią propagandę niemieckich mediów
…”.

Ponieważ całym sercem od zawsze zgadzałem się z opinią p. Margaret Thatcher, która na kanwie planów zjednoczenia RFN i NRD stwierdziła w 1989 r., że kocha Niemcy tak bardzo, że chciałaby aby państw niemieckich było jak najwięcej i – w tym samym duchu – życzę Niemcom tego wszystkiego co oni innym, więc mogę rzec tylko, iż od momentu gdy otworzyli granice dla „nachodźców” pragnę tego jak zniesienia ZUSu, po prostu tendencje odśrodkowe rozniosą wtedy Niemcy we cztery lata, a przede wszystkim będą się kisili we własnym sosie i nie będą mieli głowy do sąsiadów… Przedtem byliby na to zbyt silni, ale najwyraźniej w 2014 „ktoś” też to wiedział.

Niemniej – co tu dużo ukrywać – cieszy że powoli, powoli, kwestia sposobu funkcjonowania Niemiec w UE przestaje być domeną „oszołomów”, a zaczyna pojawiać się w „poważnym” obiegu. Tym niemniej:

„…Aby skutecznie przewidywać przebieg wypadków, trzeba umieć wymodelować sobie sposób myślenia oraz zasady logiki tych, którzy mają na nie wpływ. Nie jest istotne, czy ten sposób myślenia jest dla nas dziwaczny czy nie, nie ma znaczenia czy tę logikę akceptujemy czy nie – ważne jest tylko to, czy nasz model będzie zbieżny z rzeczywistością w wystarczającej ilości kluczowych punktów. Im większa zbieżność, tym większa trafność, a nasza opinia o sensowności działań w ramach takiego modelu nie ma najmniejszego znaczenia dla jego poprawności. Znaczenie ma wyłącznie zbieżność z rzeczywistością.

   Spróbujmy więc antycypować wydarzenia w UE z punktu widzenia najważniejszego gracza przy stoliku, a więc państwa niemieckiego (mam świadomość, że dla „łacinnika” takie stwierdzenie to wręcz obraza rozumu, ale musimy spojrzeć na sprawę oczami „bizantyńca”, inaczej logika funkcjonowania naszego modelu nie będzie zbieżna z rzeczywistością).

O ile dla nas naturalną sprawą jest oddolny proces kształtowania wszelkich struktur, a więc wielość idei i postulowanych rozwiązań jest czymś pożądanym, gdyż w toku ich rozwoju, prób realizacji etc. rozwijać się będą te bardziej odpowiadające rzeczywistości, zaś lepsze ale przedwczesne będą sobie krążyć jako postulaty do czasu aż rzeczywistość zacznie się ich domagać, o tyle porządek rzeczy w rozumieniu „bizantyńców” wygląda nieco inaczej. 

    Właściwy w ich logice przebieg procesów ma charakter odgórny, ze służebną rolą wszystkich wobec Państwa. Podkreślić należy słowo „wszystkich”, bo rozumiane jest ono inaczej niż przez „łacinników”. Dla nas „wszyscy” oznacza wszystkich ludzi, dla „bizantyńca” „wszyscy” to owszem, ludzie gdzieś tam też, w piątej kolejności zimowego odśnieżania czyli miesiąc po Wielkanocy, ale przede wszystkim instytucje (firmy, podmioty etc.).

    „Oddolny przebieg procesów”, właściwy „łacinnikom”, oznacza że to ludzie wyznaczają cele które mają być realizowane przez wspólnotę jaką jest państwo i decydują o środkach i ich źródłach do realizacji tych celów, zaś „odgórny przebieg procesów”, „właściwy” bizantyńcom, oznacza że to Państwo wyznacza cele i środki.

Jak to należy rozumieć z punktu widzenia „bizantyńca”? Ano, dość prosto, „cel uświęca środki”, a trzeba nam pamiętać, że „bizantyniec” nie jest skrępowany etyką w relacjach poza granicami swojego Państwa, podobny charakter mają wszystkie umowy międzynarodowe (dla „bizantyńca” jest to synonim „umów międzypaństwowych”, gdyż dla nich jedno Państwo tworzy jeden naród, naród swoich obywateli, poddanych, niewolników, czy jak tam na danym etapie historii ich zwał; koncepcja że to jakieś narody mają tworzyć państwa jest dla niego barbarią, efektem „postawienia spraw na głowie”).

    O ile dla rasowego „łacinnika” zawarta umowa (w tym międzynarodowa) zobowiązuje do jej realizacji tak długo, jak długo warunki nie zmienią się w stopniu uniemożliwiającym jej realizację, a nawet i wtedy zmiana lub odstąpienie wymaga jakichś działań stron, o tyle dla „bizantyńca” zawarta umowa międzypaństwowa obowiązuje tak długo, jak długo jej realizacja przynosi korzyści Państwu. Przy czym o charakterze tych korzyści i oczekiwanym okresie ich wystąpienia druga strona nie musi być poinformowana, a o odstąpieniu i owszem, będzie. Najwyżej metodą faktów dokonanych.

   Tak więc znajdujemy się w sytuacji, gdy przy światowym stoliku siedzi kilku poważnych graczy, w tym schowane za UE i EBC Niemcy, grający w grę „dla dorosłych” (kto kogo kiedy i jak oraz kto za to i czym zapłaci), zaś w samej UE jest 27 graczy z których część jest przekonana że grają w brydża, część myśli że gra w makao, kilku „da głowę” że w pokera, a nikt nie wie, że Niemcy grają z nimi w „durnia”, tylko nikomu jeszcze o tym nie powiedzieli, bo na razie karta była w grze, wszyscy dokładali do puli i póki pula rosła nie było się co śpieszyć. Przecież to oni ostatecznie powiedzą jaka to w końcu była gra i poinformują że przegrywa ten kto zostanie z kartą, a bez względu na to komu się będzie wydawało że zgarnął pulę („douce France, ma naïf douce France”), wszyscy i tak grają za pożyczone. Od nich zresztą.

Analogia jest zresztą bardzo daleko idąca, szczególnie że musimy wziąć pod uwagę rzeczywisty cel dla którego utworzono UE w obecnym kształcie. Cel, jakim dla Niemiec jest zmiana światowego układu sił, wytworzonego w efekcie wojen XX w. Dlatego też nie dajmy się zwieść pozorom, jakoby kartami w tej grze były różne dobra, zaś pulę tworzy EURO. Jest dokładnie na odwrót, kartą jest EURO a pulę tworzą zobowiązania powstałe na skutek absorpcji „środków unijnych”.

   Niemiecka „gra w durnia” polega na tym, że przegrywa ten kto zostanie z EURO i ze zobowiązaniami, gdyż już na początku 2012 Niemcy zaproponują Europie NEUEN-EURO (albo starą, dobrze znaną dojczmarkę, bo to wicie-rozumicie, odpowiedzialna waluta jest znaczy), zwalając zadłużenie całej strefy na Bogu ducha winne najsłabsze państwo – klasyczne zrobienie firmy „na wydmuszkę”, wyprowadzenie majątku do nowego podmiotu z pozostawieniem długów na starym i „zbankrutowanie go”. Pewnie pójdzie na Grecję zresztą.

   Z punktu widzenia „bizantyńca” EURO od początku było skonstruowane jako tymczasowy środek do realizacji celu, jakim jest „odzyskanie przez Niemcy właściwego znaczenia na arenie międzynarodowej”. Powody były co najmniej dwa: zewnętrzny i wewnętrzny.

   Zewnętrzny to efekt rozsypania się układu z Bretton Woods a później „koszyka walut”, co spowodowało, że dolar przestał być realnie powiązany z czymkolwiek. W konsekwencji kurs dolara wobec innych walut mógł być manipulowany przez tzw. „rynki”, a to powodowało wzrost ceny marki niemieckiej i spadek eksportu.

   Walka z dolarem o dominację na rynku była z góry skazana na porażkę (już mniejsza o powody), zaś popyt wewnętrzny jest w stanie pociągnąć gospodarkę ale tylko w ograniczonym zakresie, związanym z dostępnością środków obrotowych i ich ceną. Eksport „na kredyt”, czyli wywalanie długów wraz z towarem za granicę jest możliwy w dwóch wypadkach: albo relacja kredyt/towar jest atrakcyjna dla kupującego, albo istnieje przełożenie polityczne stymulujące sztucznie popyt.

   Ponieważ trudno jest konkurować z FED w dziedzinie taniego kredytu (szczególnie odkąd wymyślono zabezpieczenia emisji na instrumentach pochodnych i z dolara zrobiono papierowy śmieć), zaś możliwości politycznego oddziaływania do końca lat 80tych miały Niemcy dość ograniczone, sytuacja była patowa. Ale zmieniła się raptownie po zjednoczeniu: powstała możliwość szybkiego pompowania gospodarki poprzez powstały popyt wewnętrzny (nie tyle od samych DDRowców, ile ze względu na nakłady infrastrukturalne), tyle że kosztem rosnącego zadłużenia w niemieckim banku centralnym. I to jest właśnie powód wewnętrzny.

   Obydwa problemy były do rozwiązania – właśnie przez koncepcję EURO. Z jednej strony „ogromny rynek europejski”, „najsilniejsze gospodarki światowe”, „dogonimy USA już w następnej pięciolatce” – czyli złudzenie jakiegoś umocowania tejże nowej waluty dla wszystkich naiwnych i możliwość jej ekspansji, z drugiej denominacja niemieckich długów w EURO i gigantyczna stymulacja eksportu w ramach „pomocy unijnej” i „absorpcji środków unijnych” spowodowały gwałtowny rozkwit gospodarczy Niemiec.

   Powstało złudzenie tworzenia realnej konkurencji dla USA (a raczej FED) o walutę światową XXI w., które to działania nie mogły pozostać bez odpowiedzi i względna stabilność pary USD-EUR i rosnąca cena złota od upadku Lehman Brothers świadczy o ciągle jeszcze trwającej walce.

   O ile jednak celem USA jest najkorzystniejsze dla Stanów zbankrutowanie FED (ostatecznie jest to zespół prywatnych banków) i utworzenie nowej waluty, o tyle celem Niemiec jest jak najkorzystniejsze zbankrutowanie EBC (jak to u „bizantyńców”, instytucja umocowana na państwach tworzących strefę EURO) i również utworzenie nowej waluty (problem w tym, kto na tym straci – wydaje się że Chiny i Bliski Wschód, a to kiepsko rokuje…).

   Musimy pamiętać, że w „bizantyńskiej” wizji świata wszelka wielość świadczy o marnotrawstwie, gdyż „najlepsze” jest tylko jedno – i to co „najlepsze” jest wskazywane przez Państwo, jako ex definitione najmądrzejsze. W sytuacji gdy każdy kraj strefy ma inną politykę fiskalną i gospodarczą, w dodatku co roku negocjuje pulę emisji, ta „jedność” jest wyłącznie pozorna.
   I tak póki co miało być.

   Tak więc po tym nieco przydługim wstępie można pokusić się o antycypację niemieckiej wersji wydarzeń (a raczej pobożnych życzeń środowisk kierujących państwem niemieckim):
1. ze względu na nierealność postulatu utrzymania przez część krajów dyscypliny fiskalnej, uzgodnionej na szczycie 09.12 (dla wielu z nich postulat zrównoważonego budżetu jest niemożliwy do spełnienia ze względu na koszty obsługi długu publicznego) wyodrębniona zostanie „zdrowa północ” i „chore południe”
2. EBC przyśpieszy pracę maszyn drukarskich, by za EURO wykupić jak najwięcej długów krajów strefy
3. przekształcenie się „zdrowej północy” w strefę „nowego EURO”
4. gwałtowna dewaluacja „starego EURO” wobec „nowego” i przyłączanie kolejnych krajów południa z denominacją długu publicznego
5. pozostawienie ostatniego z krajów jako „spadkobiercy” EBC i całej strefy „starego EURO” oraz ogłoszenie jego upadłości (chyba raczej padnie na Grecję), przy czym Niemcy zadeklarują „wzięcie odpowiedzialności” za Europę, w tym za bankruta (oczywiście po denominacji)
6. wydzielenie z krajów „zdrowej północy” stref buforowych pozostających poza strefą „nowego EURO” (w tym pół Polski, Rumunia, być może Słowacja).

   W tej perspektywie działania polskiego „stronnictwa pruskiego” są logiczne i zrozumiałe. Tusk, który mentalnie jest „bizantyńcem”, robi wszystko aby doprowadzić do tego, aby interesująca Niemcy część Polski znalazła się w „nowej” strefie. Sądzę, że on/oni naprawdę uważa/ją to za ratunek, zresztą z perspektywy „bizantyńca” nie ma innego wyjścia. Ponieważ większość polskiego długu jest w EURO, przypadnie on części niemieckiej (po denominacji można będzie go spłacić „za grosik”), część pozostała pozostanie z długiem w złotówkach i perspektywą bankructwa państwa (niestety, chyba w pisanie scenariusza dla tej pozostałej reszty zaangażowana jest również Rosja).

   I tak ci „szczęśliwcy” którzy mają kredyty w EURO jednym szusem dołączą do zamożnych, tworząc nowe elity finansowe już na pokolenia, ci z frankami zaczną padać jak muchy, ci ze złotówkami w zależności od tego gdzie zarabiają albo się rozwiną (zarobki za granicą lub praca przy eksporcie) albo przetrwają (zarobki w kraju pod prace dla administracji lub B2B) albo zaczną padać.

   Bardzo możliwe zresztą, że koncepcja „strefy buforowej” będzie rekompensatą dla Rosji za perturbacje z EURO, a powstały dzięki temu obszar cokolwiek niejasnych relacji będzie pełnił rolę amortyzatora łagodzącego tarcia pomiędzy dwoma imperiami.

   Pytanie czy jest droga ucieczki za druty tego tytułowego obozu „Świetlanego postępu”?…”

A to-to powyżej, to akurat jest artykuł z grudnia 2011. Tyle że mój, więc zupełnie niepoważny… No i zdecydowanie przedwczesny…

Może jednak warto spokojnie przeczytać „Unia 2.0 – Reaktywacja” i zacząć poważną dyskusję, żeby w ramach prób zrobienia czegoś sensownego nie szamotać się jak muchy w pajęczynie pod niemiecko-rosyjską batutą?

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000