Nazwaliśmy go „Puchacz”

Szedłem raz z psem po rozsłonecznionej porannym, sierpniowym słońcem uliczce, kiedy nagle dostrzegłem przebiegającą przez nią maleńką, czarną kotkę. Przycupnęła pod krzakiem rozglądając się nerwowo na boki, a gdy zauważyła mnie i psa, czmychnęła na ukos przez trawnik, znikając za sąsiednim budynkiem.
Najmłodszy synek, gdy wspomniałem o niej przy śniadaniu, oznajmił że ją zna, czym zresztą nikogo nie zaskoczył, jako że zna osobiście chyba wszystkie koty w promieniu kilometra, na zasadach pełnej wzajemności zresztą. Tę akurat nazywał, nie wiedzieć czemu, „Mały”. Twierdził, że jest dzika, nie daje się dotknąć, ma trójkę karmionych jeszcze mlekiem młodych i prawdopodobnie mieszka w obudowie transformatora po drugiej strony tejże właśnie uliczki. Ale po jedzenie przychodzi.
Uliczka jak na Warszawę jest mała, ale – ze względu na działającą przy niej od jakiegoś czasu kolejną w mieście „Wyższą Szkołę Marketingu, Zarządzania i Krawiectwa Lekkiego”, której studenci najwyraźniej nie wiedzą do czego służą nogi i najchętniej wjeżdżaliby samochodami wprost do sal wykładowych – dość ruchliwa. Ponieważ koty szybko rosną, jasne było, że prędzej czy później kocica już ich nie wykarmi mlekiem i zaczną przychodzić na nasz trawnik razem z matką.
Zapytałem syna, czy może dawać jej jeść gdzieś bliżej nory, na co oczywiście skwapliwie przystał, no bo skoro ma ją karmić osobno, to i dodatkowe żarcie trzeba będzie kupować, więc dla innych kotów będzie więcej.
Markotnie spojrzeliśmy z żoną po sobie, ale skoro już raz się rzekło, to trzeba być konsekwentnym. Tak więc lista dziennych wydatków została wzbogacona o dodatkowe „trochę” serc drobiowych, a junior – cieszący się dużą swobodą z racji nauki w domu – zaczął do „Małego” biegać dwa razy dziennie.

Kociaki rosły. Lubiłem przyglądać się, jak matka przychodzi do miski, zaczyna jeść, a potem dopuszcza czekające za nią kocięta do jedzenia. Jadła zawsze łapczywie, przymykając ogromne, zielone oczy, a jeżeli dzień był słoneczny, to na jej futerku, tak czarnym, że aż błękitnawym, widać było troszeczkę jaśniejsze prążki.
Kilka białych włosków na szyi tworzyło zarys eleganckiego krawacika, choć trzeba było się dobrze przypatrzeć, aby go dojrzeć.
Kiedy skończyła jeść, odchodziła na krok, może dwa, puszczając do jedzenia młode i zaczynała toaletę. Skąd wiedziała bestia, że lubię widok myjącego się kota? Kiedy byłem w pobliżu i było sucho, toaleta przeciągała się – kocica kładła się na boku z ostentacyjną nonszalancją, właściwą młodym, pewnym swej urody damom, prężyła się, przetaczała na grzbiecie z boku na bok i w ogóle, a wszystko oczywiście od niechcenia, tylko od czasu do czasu szybki rzut okiem w moim kierunku, czy jeszcze oddaję się należytej kontemplacji.
Moje nieudolne próby spoufalenia się, podjęte nieopatrznie parę razy, kiedy zwiedziony jej spokojem wyciągnąłem rękę w jej stronę, kończyły się nieodmiennie w ten sam sposób: syk rozwścieczonej kobry, niemal niedostrzegalny ruch łapą i – gdy posunąłem się za blisko – trzask dartej skóry na dłoni. Po czym odskok o metr i kontynuacja ekstatycznych wygibągów, jak gdyby nic się nie stało.
No cóż, musiałem pogodzić się z faktem, że najwyraźniej zdaniem kocicy zasługuję najwyżej na „brzuch-show”, a od głaskania to ma kociaki.

Zresztą fajne były. Dwa kocurki i kociczka. Figlowały sobie w trawie, korzystając z tego przywileju letnich miotów, jakim jest bezpłatne ciepło. Zwinnie jak wiewiórki właziły na krzaki, ścigając się zawzięcie po cieniutkich gałązkach, napadały na siebie znienacka, turlając w kocich zapasach, atakowały ogon wygrzewającej się na słońcu matki, uganiały za motylami i w ogóle robiły wszystko to, co młode koty robić powinny.
Szczególnie śmiesznie wyglądały próby łowów srok – sterczące pionowo z trawy puchate uszy kociaków widać było na kilometr, ale sroki udawały że nie widzą jak zwiedziony ich spokojem maluch podkrada się między źdźbłami, uderzając nerwowo ogonem na boki. Kiedy ptaki były już w zasięgu skoku, sprężał się cały, a wtedy sroki odlatywały o dwa metry i całą zabawa zaczynała się od nowa, dopóki którejś ze stron się nie znudziło.

Naturalną rzeczy koleją, po lecie przyszła jesień. Trójka kociąt, dzięki intensywnej pomocy naszego najmłodszego, okrzepła, zaś kocica do tego stopnia przywykła do nas, że w trakcie jedzenia pozwalała się nawet dotknąć. Nie to, żeby zaraz głaskać, ale delikatne podrapanie między uszami nie kończyło się już krwawą pręgą na ręku. Przynajmniej nie za każdym razem.
Natomiast kocięta najwyraźniej różniły się opinią na nasz temat. O ile czarno-biały kocurek oraz kociczka zachowywały szlachetny dystans, o tyle drugi samczyk w trakcie jedzenia podchodził całkiem blisko, potrafił się otrzeć o nogi, a głaskany po głowie mruczał rozgłośnie, ocierając się pyszczkiem o palce.
Wszystkie trzy kociaki miały ładną sierść, ale tylko czarny pozwalał się głaskać po swoim aksamitnym, gęstym i lśniącym futerku. Oczy miał po matce, wielkie zielone ślepki, które, wzorem wszystkich kotów, przymykał mrucząc. Łatwo było go odróżnić od kocicy i siostry, bo pomimo że były już tej samej wielkości, jedynie on bezgłośnie potrafił zamiauczeć, pokazując czerwony języczek i białe ząbki, co było doskonale widać nawet z naszego piętra. Wkrótce wiadomo było, że jak pojawił się na trawniku czarny kłębek cienia ze znikającą maleńką, czerwoną plamką, to znaczy że kocurek poczuł głód i czeka na coś konkretnego.

Korzystając z tego, że piwnica, którą dysponowaliśmy dzięki naszemu sąsiadowi, miała okienko, zbudowaliśmy kociej rodzinie coś w rodzaju klatki z przedsionkiem, zajmującej całą wnękę okna wewnątrz komórki. Wyjąłem oryginalną szybę i wstawiłem specjalnie zamówioną nieco krótszą, zaś powstały otwór przysłonięty został kotarą.
Już po kilku dniach kocica zrozumiała, że proponuje się jej własne M-4 i przeniosła się razem z młodymi, dzięki czemu karmienie kotów stało się prostsze, no i przestały się wreszcie szwendać po ulicy.
Co prawda wśród sąsiadów natychmiast podniosły się głosy, że będzie smród, sikanie po piwnicy itd., ale wizja lokalna na miejscu zbrodni uspokoiła przedstawicieli wspólnoty, jako że możliwości wyjścia z klatki do piwnicy po prostu nie było.
Opozycja z czasem przycichła, przy czym zaobserwowaliśmy dziwne zjawisko – głośno oponowali prawie wszyscy, ale również prawie wszyscy koty dokarmiali. Pełne i zdecydowane wsparcie uzyskaliśmy jednak od wielu osób, przy czym najbardziej pomagała nam przy dożywianiu futerkowców nasza cudowna sąsiadka z dołu. Cudowna nie dlatego, że kupowała żarcie dla kotów, ale dlatego, że po tylu zalaniach mieszkania ile nam wyszło przez te dwadzieścia parę lat, każdy inny człowiek zatłukłby nas gumowym kijem, zwłoki spalił, prochy rozrzucił i jeszcze zatańczył na naszym grobie. A ta święta kobieta nie tylko nam to darowała, ale jeszcze chyba nas ciągle lubi.

Zima minęła kotom spokojnie, choć „Mały” zostawił dzieciaki w klace i wyniósł się z powrotem pod transformator. Chyba dlatego, że kociaki rosły jak na drożdżach i robiło się ciasno, a zima była łagodna. Niemniej do miski się stawiała.
Kociaki ciągle rosły, ale o ile czarny kocurek robił się coraz bardziej oswojony, o tyle czarno-biały i kociczka wystawiały pyszczki poza klatkę tylko w celu wiadomym, a każde poruszenie czegokolwiek w zasięgu wzroku powodowało gwałtowną rejteradę.
Dni robiły się coraz dłuższe, aż któregoś dnia skonstatowałem, że kocica robi się grubsza. Wkrótce okazało się, że robi się jeszcze grubsza, aż w końcu pogoniła dzieciaki z klatki w piwnicy i rozgościła się w niej na dobre.
Kociaki oszalały. Próbowały wdzięczyć się do matki, tulić do niej, przymilać, ale wszystko na próżno. Jeszcze jako-tako tolerowała czarnego, natomiast dwa pozostałe nie miały u niej żadnych względów.
Żal było patrzeć, jak nie wiedzą co ze sobą zrobić całymi dniami. Na noc szły pod transformator, do starego gniazda, ale w dzień uparcie wracały, aż wreszcie zaczął przychodzić tylko czarny kocurek. Biało-czarnego nasz syn namierzył na odległym podwórku, o kociczce słuch zaginął.

Tak więc na karmienie wracał już jedynie czarny pieszczoch, ale kiedy któregoś kwietniowego dnia kocica wyszła z piwnicy czegoś szczupła, również i on zaczął dostawać baty za zbliżanie się do klatki.
Bał się matki jak ognia. Był już dwukrotnie od niej większy, ale na jej widok kładł uszy po sobie i śmigał aż się kurzyło. I tak od dłuższego czasu karmiliśmy je oddzielnie, ale prawdziwym jego prześladowcą był rodzony ojciec – wielkie, dzikie kocisko, czarne jak myśli prokuratora, jedynie z białą plamą na szyi.
Jak to w kocim świecie bywa, instynkt ojcowski nie był mu specjalnie znany, ot, parę razy przyniósł kocicy gołębia, zresztą znikał na całe dni i śladu po nim nie było. Ale zawsze wracał, na nieszczęście dla naszego Kocurka, w którym najwyraźniej wyczuwał konkurencję, bo próbował go wystraszyć tak, żeby uciekł w siną dal. Gdy ojciec wracał, kocurek się bał, starał się mu schodzić z drogi i w razie czego uciekał, ale kiedy tyran znowu szedł w miasto, wracał uparcie pod nasz blok.
Matka nie wtrącała się do ich spraw, zresztą zajęta była kolejnym miotem, natomiast zaczęła chodzić z nami na spacery. Wyglądało to mniej więcej tak: wychodzę z psem na spacer, jeszcze drzwi klatki nie zamknę, a już pojawia się jak spod ziemi kocica i podbiega do Mikiego. Ociera się o niego bokiem, eskimoskim obyczajem „dają sobie noska” na dzień dobry, po czym pies idzie swoją stała trasą, a obok niego truchtem biegnie kocica. Kiedy w polu widzenia zjawia się inny pies, kocica siada na ziemi i obserwując zagrożenie zerka na Mikiego. Jeżeli Miki się jeży, kocica podrywa się i chowa za niego, jeżeli nie reaguje, to spokojnie czeka aż obcy pies przejdzie, po czym podbiega do nas. Jednym słowem traktuje naszego psa jak osobistego ochroniarza, a ten z kolei zaliczył ją już na stałe do swojego stada podlegającego jego ochronie.
Co prawda niektóre starsze dewotki na widok naszych spacerów spluwałyby najchętniej przez lewe ramię („no bo widział ktoś, kochana pani, ten kot jest czarny jak węgiel, musi diabeł w nim siedzi bo nawet psa omotał”), a w każdym razie chętnie dzieliły się opiniami na temat tego, co o tym wszystkim sądzą, ale na szczęście obydwa zwierzaki mogły udawać że nie rozumieją i znajomość – ciepła, choć bez zażyłości – trwała sobie w najlepsze.
Po jakimś czasie zaczął dołączać do nas kocurek, a ponieważ wraz z matką na spacery poczęły wyłazić kociaki z ostatniego miotu (też czarne jak smoła), które były już przecież całkiem duże, najmłodszy syn zaproponował, aby dla odróżnienia nazywać go Puchacz, od niesamowicie puchatego futra, znacznie gęstszego niż u młodszego rodzeństwa. I tak Puchacz został Puchaczem.
Spacery zaczęły przypominać procesję: na czele Miki (kto tu kogo wyprowadzał na smyczy na spacer), przy nim kocica, za nimi Puchacz, później przechodzący na koniec pochodu, a dalej rozrzucone w wachlarz pięć kociaków z ostatniego miotu. I wszystkie koty czarne jak rozpacz grabarza. Opinii pań z podwórka nie miałem już okazji poznać, bo przestały mi się odkłaniać, dość ostentacyjnie mnie nie zauważając, ale z kolei właściciele psów, widząc w trakcie swoich spacerów Mikiego, brali swoje pupile na krótką smycz „żeby kotków nie płoszyć” i w takich to warunkach nasza defilada okrążała podwórko cztery razy dziennie.
Nie da się ukryć, że nić sympatii łącząca nas zarówno z kotką jak i z Puchaczem, przerodziła się najpierw w zażyłość, a potem w coś w rodzaju przyjaźni. O czasach krwawych pręg na dłoni mogłem zapomnieć, kocica na mój widok podbiegała tuląc się do nóg i stając słupka żeby ją pogłaskać, zaś ulubionym zajęciem Puchacza było nakłonienie mnie żebym przysiadł gdzieś i wziął go na kolana – zwijał się wtedy w kłębek i zasypiał w parę sekund mrucząc, a właściwie warcząc jak stary diesel – szczerze mówiąc, jak tylko miałem  trochę czasu, specjalnie dla tych chwil schodziłem na dół. Kiedy zaś dla odmiany obowiązki zmuszały mnie do dłuższych wyjazdów, zarówno żona jak i najmłodszy syn zgodnie twierdzili, że koty wyraźnie mnie szukały – owszem, na spacer z nimi szły za Mikim, ale oglądały się za siebie, przysiadały pokazując że trzeba zaczekać i pomiaukiwały – co się zwykle nie zdarzało.
A trzeba brać pod uwagę, że to były naprawdę dzikie, wolne koty. Tę ich wolność szanowałem, a one najwyraźniej to doceniały. Nie było tu mowy o jakiejś podległości, relacji typu „pan – jego zwierzę”, nie, nic z tych rzeczy. One po prostu chciały do mnie podchodzić (jak nie chciały – a były i takie momenty – no to nie podchodziły a ja ich nie przywabiałem na siłę), chciały iść z nami na spacer, lubiły jak je głaskałem. I chyba ta chęć i zaufanie, ten wolny wybór wolnego stworzonka żeby przełamać instynktowny strach i podejść do człowieka a nawet do jego psa, były dla mnie tak cenne.

Kiedy zaczęła się zbliżać kolejna zima, zdecydowaliśmy się z żoną zaprosić Puchacza do domu. Trochę niepokoiło nas, jak ułożą się stosunki z naszą domową kotką (znalezione kilka lat wcześniej w deszczową, jesienną noc wychudzone biedactwo, które miaucząc szło za mną do domu i nawet witający mnie pies go nie zniechęcił). I niestety słusznie – co prawda Puchacz z właściwą sobie godnością i spokojem w pierwszym nadarzającym się momencie wskoczył mi na kolana i zaczął usypiać, ale kocica na jego widok dostała bladej furii. Po jakichś dwóch godzinach miał dość prychania i syczenia, dostojnie podszedł do drzwi i usiadł przed nimi, spoglądając na mnie wymownie. Odprowadziłem go do drzwi klatki, otarł mi się o nogi i wyszedł w noc. Od tej pory więcej na górę iść nie chciał.
Trzeba było wykombinować jakieś inne schronienie dla kota. Wśród wyrzucanych przez sąsiadów mebli znalazłem sporą szafkę, wyłożyłem ją styropianem, zabezpieczyłem przed deszczem i zrobiłem Puchaczowi budę w załomie ogrodzenia po drugiej stronie ulicy, niedaleko transformatora pod którym się urodził. Szybko zaakceptował nowe locum, w nocy śpiąc w środku, w dzień zaś, jeżeli tylko nie było deszczu czy śniegu, siedząc na górze szafki i obserwując z dystynkcją okolicę. Miejsce dobrałem specjalnie, bo akurat tam nikt nie chodził i kocur miał święty spokój, a w razie nagłej wizyty jakiegoś obcego psa, miał pół metra do płotu za którym mógł się schować. Gdy wychodziłem na spacer, przebiegał przez ulicę czujnie się rozglądając, witał wylewnie i dołączał do matki w rytualnym pochodzie.

Któregoś razu wróciłem po parodniowej nieobecności i jak zwykle po przywitaniu się z bliskimi zostałem namówiony przez psa na powitalny spacer – tak konkretnie to moje stęsknione zwierzę nie dawało mi usiąść aż nie sięgnąłem po smycz, wtedy psia radość osiągała apogeum, bo wiedział że przez najbliższe dwadzieścia minut będę tylko dla niego. No i kotów, oczywiście.
Kocica stawiła się akuratnie, kociaki też, ale Puchacza nie było. Po powrocie do domu zapytałem żonę o niego, ale ani ona, ani najmłodszy tego dnia go nie wdzieli. Zdarzało się tak już parę razy, ostatecznie to wolny kot, ale kiedy ani drugiego ani trzeciego dnia się nie zjawił, zaczęliśmy rozpytywać sąsiadów.
Znajoma z podwórka (też ma psa, stąd znajomość) opowiedziała, że przy naszym bloku wzdłuż ulicy szedł pan z psem bardzo podobnym do Mikiego. Mnie już dłuższy czas nie było w mieście, a na ten widok zaspany Puchacz zerwał się z dachu swojego domku i rzucił przez ulicę w stronę owego pana z psem. Niestety, tym razem się nie rozejrzał i jakiś samochód uderzył go zderzakiem, odrzucając na trawnik. Kot zerwał się z niego oszołomiony i powłócząc tylnymi łapkami uciekł za budynek transformatora. Od tego dnia nikt go więcej na podwórku nie widział.
Minął prawie rok. Co i rusz jak wychodzę na spacer i widzę kocicę z kolejnymi kociakami z kolejnych miotów, przypomina mi się Puchacz. Przypomina mi się niebywała u kocurów troska o młodsze rodzeństwo, które w trakcie spacerów czujnie obserwował i zaganiał do reszty żeby się gdzieś nie zawieruszyły, jak potrafił czekać z jedzeniem aż kociaki nie zjadły, stojąc na straży posiłku i wypatrując ptasich złodziejaszków, jak bezgłośnie miauczał na mój widok, podbiegał i kładł się na boku oczekując pieszczot. Taki spokojny, zrównoważony kot, odpowiedzialny i czujny, a jednocześnie bardzo ludzki w swoich odruchach. Kot, który po prostu nauczył się kochać.

Niedawno wróciłem bardzo późno w nocy z kolejnego wyjazdu. Żona czekała ciągle na mnie, ale ponieważ musiałem jeszcze trochę popisać, w końcu poszła spać do innego pokoju, zostawiając mi łóżko do dyspozycji. Położyłem się chyba już nad ranem, swoim zwyczajem zapadając w kamienny sen zanim głowa dotknęła poduszki. Obudziłem się niespodziewanie kiedy było już lekko szarawo, przekręciłem na bok i spostrzegłem że obok mnie na łóżku leży Puchacz, wyciągnięty na pełną długość, mrucząc cichutko i rozczapierzając z rozkoszy pazurki. Położyłem dłoń na jego brzuszku, a wtedy podniósł lekko głowę, ziewnął szeroko i z powrotem ułożył łebek na kołdrze. Wyraźnie czułem pod palcami wibrujące, ciepłe futerko, bijące serduszko oraz ciężar kociego ciałka na kołdrze. Pamiętam, że z radości chciałem go jak zwykle podrapać za uszami, ale spokojny, równomierny pomruk szczęśliwego kocura spowodował, że zrezygnowałem i w bezruchu zanurzyłem się w kontemplacji tej chwili, zaś koci warkot usypiał mnie powoli gdy powieki robiły się coraz cięższe i cięższe…
Kiedy rano otworzyłem oczy, w miejscu gdzie leżał było pusto a pościel była chłodna i biała. Nie było na niej nawet jednego kociego włosa, a przecież zawsze gdziekolwiek kocurek się otarł, zostawiał kosmki ze swojego futerka. Takiego gęstego, lśniącego, aksamitnego a zarazem puchatego czarnego futra.

Przecież dlatego nazwaliśmy go „Puchacz”…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000