Kanibal-wegetarianin, czyli w USA mamy przechlapane…

Zmagaliście się kiedyś Państwo z „przyprawieniem gęby”? W dodatku dopiero poniewczasie orientując się, że jest ona Wam przyprawiana i przez dłuższy okres nie wiedząc na czym rzecz polega?

No to możecie sobie łatwo wyobrazić, co to znaczy tłumaczyć innym że się nie jest wielbłądem, szczególnie gdy się w ogóle nie wie że istnieją wielbłądy.

 

 

Polska (a właściwie „Naród Polski”, rozumiany jako nieustannie budowana wspólnota konkretnego zespołu wartości) jest dokładnie w takiej samej sytuacji wobec elit północnoamerykańskich, a nawet – jak się bliżej przyjrzeć – większości mówiących po angielsku mieszkańców USA. I naprawdę nic z tym nie będziemy w stanie zrobić, dopóki nie zdiagnozujemy problemu, a cały kłopot polega na tym, że aby coś zdiagnozować, trzeba najpierw zorientować się „że wielbłądy istnieją”.

Jak miłośnikom lektur przygodowo-przyrodniczych wiadomo, w dorzeczu Amazonki istniały (a może dalej żyją) plemiona kanibali oraz „łowców głów”, a w każdym razie takie jest powszechne mniemanie. Skoro zaś owo „powszechne mniemanie” opiera się na przekonaniu że nad Amazonką istnieją kanibale i „łowcy głów”, to i nic dziwnego że ruch turystyczny jest słabszy niż na takich, dajmy na to, Karaibach, skoro ludzie generalnie jadą na wakacje odpocząć, a nie żeby być zjadanymi.

Załóżmy, że wśród licznych plemion kanibalskich oraz „łowców głów” uchowało się jakimś cudem plemię wegetarian, co to tylko ananasy, pataty i soczek z pomarańczy. Plemię światłe, nawet posyłające młodzież na uczelnie do innych krajów, radio, TV i telefony komórkowe, po prostu normalnie. No i wódz plemienia oraz rada starszych dowiaduje się od tej swojej kształconej młodzieży, że na takich, dajmy na to, Karaibach, to turystów jest od groma, w Rio de Janeiro na plaży w sezonie chusteczki do nosa na piasku nie ma gdzie rozłożyć, pieniądze do tubylców lecą z nieba tonami, a tymczasem u nich nic – zero ruchu, zero turystów, no i zero forsy.

Rada plemienia robi „research” w czym sprawa, co takiego przyciąga turystów do różnych miejsc na świecie i co mogą zaoferować aby podobny efekt uzyskać. Badania wykazują, że istotne są: pogoda, rozrywki, dobra kuchnia i bezpieczeństwo, a ponieważ na terenie plemienia deszcz pada jedynie przez konkretne trzy miesiące w roku a poza tym chmurki na niebie nie uświadczysz, tereny na zagłębie rozrywkowe są w dużych ilościach, a co do bezpieczeństwa to ostatnia bójka miała miejsce dwadzieścia lat temu, a poprzednia jeszcze za Hiszpanów, no to wszystkie atuty są w ręku i jedynie trzeba zorganizować profesjonalną kampanię marketingową żeby przyciągnąć trochę turystów, potem kapitał do budowy luksusowych hoteli, no a później już turystów masowo.

Jak postanowiono, tak zrobiono, a ponieważ pataty u nich najlepsze na świecie, ananasy także, a sok z pomarańczy to już w ogóle, postanowiono osią reklamy zrobić pogodę i kuchnię, póki co zamiast rozrywki proponując święty spokój.

Rozpoczęto więc wielką akcję reklamową na całym świecie, której głównym przekazem były takie hasła jak:
1) „Przyjedź do nas i poznaj naszą kuchnię – sekretem słynnych smaków jest to, że nasi kucharze we wszystko wkładają sece”
2) „Na naszych plażach jest spokój, cisza, piękno przyrody i cudowny klimat – przyjedź a też stracisz głowę”
3) „Przyjedź żeby przeżyć najwspanialsze wakacje Twojego życia – prawie na pewno zostawisz u nas serce”
itd.

No a potem wielkie zdziwienie że się nikt nie zjawia, skoro potencjalni klienci są przekonani, że wszystkie plemiona amazońskie to kanibale i „łowcy głów”, a o wegetarianach nikt nawet nie słyszał…

Podobnie jest z tym stosunkiem mieszkańców USA do Europejczyków. Nie wiem czy macie Państwo świadomość, że CAŁEJ Europie była przez ostatnie siedemdziesiąt lat dorabiana w Stanach potworna „gęba”, z której w zasadzie nie zdajemy sobie sprawy nie tylko my, ale inni Europejczycy także. Jeszcze może Anglicy i Niemcy są postrzegani cokolwiek inaczej, ale – uwzględniając amerykańskie doświadczenia najpierw walki o niepodległość a potem obu wojen światowych – nie jest to specjalnie duża różnica…

W czym rzecz? Otóż na tzw. „powszechną świadomość”, czyli ten zestaw paradygmatów i poglądów z którymi każdy musi zetknąć się w szkole żeby ją w ogóle skończyć, składają się fakty oraz opinie – co do faktów, no to jest jakiś bazowy zestaw obowiązkowo znanych (nawet skończony analfabeta w Polsce zna przynajmniej jedną datę: 1410, nawet jeżeli kojarzy mu się to akurat z receptą na bimber a nie z Krzyżakami), a co do opinii, to są one kształtowane poprzez rozmaite lektury obowiązkowe, które nawet jeżeli nie są czytane, to są omawiane i – przynajmniej dla świętego spokoju – trzeba je umieć powtórzyć. „Słowacki wielkim poetą był” i koniec, choćby delikwent „Balladyny” w życiu w ręku nie miał.

Podobną rolę w USA odgrywa Ayn Rand, znana jako twórczyni „etyki egoizmu” (zgodnie z tą etyką, człowiek jako istota rozumna może popełnić tylko jeden grzech: być wobec kogoś miłosiernym lub komuś pomóc). Otóż książki pani Ayn Rand są w Stanach pozycją wydawniczą numer dwa, zaraz po Biblii, a to z tej prostej przyczyny że są na liście lektur szkolnych (jak u nas „Lalka” czy „Krzyżacy”).

A cóż takiego pani Ayn Rand sądzi o Europejczykach? Ano spójrzmy do jednej z jej fundamentalnych książek, a mianowicie „Kapitalizm. Nieznany ideał”. Otóż zaraz na samym początku książki (w polskim tłumaczeniu dziewiąty akapit rozdziału 1 „Czym jest kapitalizm” w części pierwszej „Teoria i historia”, albo ostatni akapit na str. 15 wydania I „Zysk i S-ka”, ISBN 978-83-7506-660-9), pisze tak:
„…Pojęcie człowieka jako wolnej, niezależnej jednostki wydawało się z gruntu obce kulturze europejskiej, która była w najgłębszych korzeniach kulturą plemienną. W myśli europejskiej wspólnota jest samodzielną istnością, a pojedynczy człowiek tylko jej wymienną komórką. Stosowało się to na równi do panów, jak i do poddanych; władcy byli wywyższeni z racji posług, jakie oddawali podporządkowanej im wspólnocie, posług szczególni szlachetnych, gdyż związanych ze zbrojną napaścią i zbrojną obroną. Ale przecież i szlachcic był tylko ogniwem w plemiennym łańcuchu, jako że jego życie i dobytek były własnością króla. Nie wolno zapominać, że instytucja własności prywatnej w pełnym sensie prawnym zaistniała dopiero wraz z kapitalizmem. W czasach przedkapitalistycznych funkcjonowała ona tylko de facto, nie de iure, to znaczy na mocy zwyczaju, a nie litery prawa, ta bowiem głosiła, iż z zasady wszystko należy do wodza plemienia, czyli króla, który łaskawie zezwala poddanym na użytkowanie swego dobytku, ale w każdej chwili może owo zezwolenie odwołać. (W dziejach Europy nieustannie spotykamy się z przypadkami, gdy król wyzuwa z własności opornego poddanego)…”.

Nie da się ukryć, że o historii Polski to po prostu nie miała zielonego pojęcia i trudno się zresztą dziwić, zważywszy jej życiorys (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ayn_Rand). Jeszcze ciekawsze są jej opinie na temat obowiązującego w Europie rozumienia człowieka (dokładnie jeden akapit wcześniej od poprzedniego): „…Wiele jest powodów takiego „plemiennego” spojrzenia na człowieka. Jedne z nich to moralność altruizmu, drugi: coraz większe uznanie pośród XIX-wiecznych intelektualistów dla idei dominacji państwa. Główną psychologiczną przyczyną była przenikająca kulturę europejską dychotomia duszy i ciała, w ramach której materialna produkcja była uważana za działanie w zestawieniu z ludzkim intelektem nie tylko niższego rzędu, ale i upokarzające, dlatego od początku dziejów pozostawiane niewolnikom i sługom. Owa instytucja hierarchicznego zniewolenia w tych czy innych formach przetrwała aż po wiek XIX; wraz z nastaniem kapitalizmu została zarzucona politycznie, ale nie intelektualnie…” – z czego wynika, że przypisuje wszystkim Europejczykom platonowską „gębę” oraz że najwyraźniej nigdy nie słyszała o katolickich zakonach i dewizie „Ora et labora„.

Generalnie w jej pismach wyraźnie widać, że postrzega całą Europę przez pryzmat zasad Cywilizacji Bizantyńskiej (no i trudno się dziwić, skoro miała kontakt głównie z protestancką częścią myśli europejskiej, zaś katolicyzm lekceważyła do tego stopnia, że w ogóle go nie analizowała, utożsamiając z prawosławiem), o której to Cywilizacji zresztą w ogóle nie ma pojęcia, w dodatku choć była gorącą zwolenniczką metafizyki realistycznej, to całkowicie pomijając myśl św. Tomasza i podstawy filozofii „esse„, zredukowała ją do Arystotelesa, a ponieważ była ateistką i albo nie znała, albo odrzucała podstawy realizmu greckiego w zakresie transcendencji, to jej „realizm” staje się prostym materializmem, w dodatku pragmatycznym, a to przecież czystej wody idealizm.

Mniejsza zresztą o te rozważania filozoficzne, najważniejsze jest to, że na skutek upowszechnienia myśli Ayn Rand w USA, cała Europa jest postrzegana jako duchowa spadkobierczyni Cywilizacji Bizantyńskiej (w którym to przekonaniu konstrukcja całej Unii Europejskiej tylko może utwierdzać), o Cywilizacji Łacińskiej w Europie przeciętny przedstawiciel nawet elit amerykańskich nie wie nic (no bo skąd), Polska jest postrzegana jako przelotny byt państwowy rodem z początku XX wieku, zaś jej historia przedrozbiorowa rozumiana na sposób właściwy dla Cywilizacji Bizantyńskiej !!!

Jednym słowem, jesteśmy plemieniem wegetarian postrzeganym przez pryzmat sąsiadów-kanibali i „łowców głów”, nie zdającym sobie sprawy z tego, że jesteśmy wrzuceni z nimi do jednego worka i próbującym zachęcić Amerykanów do przyjaźni znakomitym smakiem naszych potraw robionych z sercem oraz obiecujących, że na naszych słonecznych plażach zostawią serce i stracą głowę.

Jeżeli chcemy być przez Amerykanów traktowani poważnie, to musimy mieć świadomość tego, że jest nam „dorobiona gęba” bizantyńców, że pokazywanie bohaterstwa Polaków bez ukazania całej otoczki cywilizacyjnej kształtującej przez wieki Naród Polski po prostu nie da żadnego efektu, że musimy wypracować metodę powszechnego przekonania Amerykanów o całkowitej odmienności cywilizacyjnej I Rzeczpospolitej (przecież u nas nigdy nie było feudalizmu, własność prywatna już od Kazimierza Wielkiego była „święta”, zaś podstawą ładu społecznego była emancypacja rodziny z rodu i samodzielność finansowa bazująca na własności prywatnej), jednym słowem musimy przekonać ich, że obraz Europy stworzony przez Ayn Rand NIE DOTYCZY POLSKI !!!

Pokazywanie bohaterstwa Polaków, walczących o wolność wbrew zimnej kalkulacji i z ogromnym poświęceniem, jest dla większości Amerykanów chwaleniem się, że jest się wariatem, po prostu masą bezmyślnych „mrówek”, na rozkaz Państwa gotowych nie tylko wykonać każdą głupotę, ale jeszcze z tego dumnych. Skąd mają wiedzieć, że każdy z nas, Polaków, podejmując tego typu decyzję, waży na szali nie tylko własne racje, ale też racje przodków i wolność potomnych, że nie jest bezmózgim wykonawcą samobójczych rozkazów, tylko indywidualnością zdającą sobie sprawę z ceny tego naszego żądania wolności swojej i innych (która to wolność polega zresztą głównie na prawie do popełniania na własny rachunek rozmaitych błędów).

Kapitalny, bardzo „polski” generał Patton, przemawiając do swoich żołnierzy przed jedną z bitew w Afryce, powiedział mniej-więcej tak: „…Żołnierze, nie jesteście tu by zginąć za Ojczyznę, tylko by pomóc Niemcom oddać życie za ich…”. Jest różnica z powstańcami warszawskimi? Jeżeli ktoś nie ma pojęcia o ówczesnych uwarunkowaniach, to trudno żeby cenił zryw powstańców i heroizm warszawiaków, skoro zimna kalkulacja podpowiadała, że skoro nie udało się osiągnąć celów strategicznych w zakładanym czasie, to wobec braku wsparcia należy dążyć do minimalizacji strat i jak najmniejszym kosztem zakończyć walkę. Dopiero w tej perspektywie można docenić wielkość i wartość przemówienia p. Donalda Trumpa w Warszawie i hołd jaki oddał powstańcom…

Jeżeli się Państwu nasuwa pytanie, czy osoby decydujące o strategii budowy wizerunku Polski mają świadomość takich różnych spraw, to uprzejmie odpowiadam, że obawiam się, iż znam na nie odpowiedź. Dlatego też przy konstruowaniu tej strategii KONIECZNIE należy korzystać z filozofów mających wiedzę o różnicach cywilizacyjnych, wspartą praktyką kontaktów zagranicznych, bo jeżeli nie położymy nacisku na to, że nie jesteśmy kanibalami, to żadna reklama nic nam nie pomoże. Bo czy ktoś pojedzie do „łowców głów” na takie superwakacje, że „głowa mała”?

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000