„Gowinięta” w kosmosie !!!

Na Onecie (tutaj) ukazał się arcyciekawy (przynajmniej dla mnie) wywiad z p. Gowinem i p. Emilewicz. Uważam że rewelacja, bo – przyjmując że wszystko to co mówią, jest rzeczywiście z ich punktu widzenia takie jak mówią – wychodzi na to, że niesłusznie podejrzewałem „gowinięta” o złą wolę (a przynajmniej te dwie czołowe postaci), bo oni po prostu nie mają żadnego kontaktu z rzeczywistością.

Przecież wypowiedź p. Gowina a propos różnic wewnątrz Zjednoczonej Prawicy, gdy mówi, że: „…Różni nas też filozofia uprawiania polityki. Wierzymy w zmiany ewolucyjne, kładziemy nacisk na dialog – ja w dialogu ze środowiskiem akademickim reformuję uczelnie, a Jadwiga razem z przedsiębiorcami poprawia prawo gospodarcze – oraz uważamy, że interwencje państwa powinny być ograniczone do niezbędnego minimum, bo większe zaufanie pokładamy w wymiar wspólnotowych relacji społecznych i w oddolne zmiany organiczne…”, można rozumieć jedynie na dwa sposoby: albo szczerze mówi co myśli i w co wierzy (a to znaczy że odleciał na orbitę i kontakt się urwał) albo jest to cyniczne szyderstwo ze środowisk naukowych (wydialogowanych do bólu) oraz mikro- i małych przedsiębiorców, z którymi dialog polegał na tym, że jedynie słuszne zdanie rodem z Ministerstwa było łaskawie objaśniane, a zgłaszane wątpliwości i wskazania ewidentnych „buraków” traktowane z (bardzo irytującą u urzędników, mających przecież etat za nasze podatki) wyrozumiałą pobłażliwością.

Środowiska naukowe się buntują, zobaczymy co z tego będzie, listy otwarte krążą jak mewy nad portem i wkurzenie narasta (choć pewnie Ministerstwo ze spokojem przeczeka bunty, przykręcając niepokornym kurek z kasą).

Natomiast np. z „małego ZUSu”, który był takim powodem do dumy, skorzystało podobno nie 200, ale 130 tys. „przedsiębiorców”, co to niby korepetycje itd.
Pytanie, czy za parę lat, przy okazji pierwszej kontroli, nie przekonają się że – wbrew propagandzie – ten „mały ZUS” nie przysługuje do limitu 5 tys. miesięcznego obrotu (czyli niby 60 tys. rocznie), ale że wartość limitu dla danego przedsiębiorcy jest liczona poprzez podzielenie rocznego obrotu przez ilość dni prowadzenia działalności gospodarczej w danym roku. Jak ktoś miał w wakacje, czyli w 60 dni, 12 tys. PLN obrotu, to wychodzi mu średnio 200 PLN dziennie, a więc „obrót szacowany” (ten do sprawdzenia czy nie przekroczył limitu) wynosi 200 PLN x 365 dni = 73 tys PLN, a więc jest po limicie – przypominam, w rzeczywistości obrotu miał 12. Czyli zamiast „małego ZUS” będzie płacił wstecz zaległy pełny, w dodatku z karą i odsetkami, a więc co najmniej 3 tys. za takie dwa miesiące w roku plus odsetki podatkowe. Tyle że dopiero za pięć lat, żeby te odsetki takie trochę tłustsze były, bo wtedy się uzbiera z grubsza 4.200, czyli ZUS o 40% jest „do przodu”.

Wyobraźmy więc sobie jak przychodzi kontrola do biedaka i za te ostatnie pięć lat „bach go” po łbie z tytułu ZUSu na 20.000. A on całego obrotu za pięć lat miał 60 tys. i w najbliższym roku znowu miałby obrotu 12 tys., ale po kontroli już mu przeszło. Natomiast jeżeli te same 12 tys. obrotu miał we trzy miesiące, czyli w 90 dni, to co prawda „małego ZUSu” płaci nie 1.200 ale 1.800, natomiast już się mieści w limicie, bo średnio dziennie miał 135 PLN, czyli „obrót szacowany” zmieścił się w 50 „tysiakach”.

A przecież w obydwu wypadkach człowiek robił dokładnie to samo i dokładnie za te same pieniądze. Ja cię nie mogę, to mógł wymyślić tylko Haszek po pijaku albo Bareja w szczycie formy. Albo urzędnicy Ministerstwa od dopieszczania przedsiębiorców, tylko że Haszka można czytać albo nie, Bareję obejrzeć albo nie, a „tfurczość” tych pierdzistołków jest dla wszystkich obowiązkowa. Tak, tak, znajomość też, „nieznajomość prawa szkodzi”, ale czytanie tego bełkotu chyba jeszcze bardziej…

Pamiętacie może „narastające napięcie” przed konwencją programową „Porozumienia” w Krakowie? I jak tym kluczem do powszechnego szczęścia, dobrobytu i dochodów prosumenckich okazała się być fotowoltaika? Ale jak się okazuje, nie dla wszystkich. I nawet nie chodzi o to, że trzeba mieć dom z ogródkiem (i wszystkiego najlepszego życzy „Porozumienie”), ale jest to adresowane do przedsiębiorców. Za chwilę się okaże, że tylko dla VATowców, a to ze względu na sposób rozliczania, w którym brak możliwości rozliczania VAT kładzie całkowicie stronę ekonomiczną przedsięwzięcia („bezVATowiec” sprzedaje netto, ale kupuje brutto, więc „na dzień dobry” ma co najmniej 30% w plecy, a takiego „doła” w bilansie przy tak niskich cenach hurtowych prądu i wysokich kosztach instalacji, po prostu nie sposób wytrzymać). A elektromobilność w sytuacji trzeszczących już teraz mocy wytwórczych i przesyłowych? Zresztą wystarczy przeczytać Ustawę o elektromobilności i zobaczyć co trzeba zrobić żeby mieć punkt ładowania (nie taki z domowego gniazdka 230V, tylko sensowny z punktu widzenia użytkowników), żeby nabrać wątpliwości co do rzeczywistych intencji twórców.

I tak krok po kroku, coraz ściślejszy gorset idiotycznych przepisów, co chwila rozdźwięk pomiędzy deklaracjami a wprowadzanymi przepisami, naprawdę bilans nie jest korzystny.

Na tle wczorajszej konwencji PiSu i przemówienia p. Kaczyńskiego, podkreślającego cywilizacyjny charakter walki o Europę, wagę chrześcijańskiego systemu wartości na którym powstała cywilizacja najbardziej ludzka z dotychczasowych (choć nie użył zwrotu „Cywilizacja Łacińska”, to opis jest jednoznaczny), niezwykle niepokojący jest prezentowany zarówno przez p. Gowina jak i p. Emilewicz pseudotechnokratyczny pragmatyzm, będący tak naprawdę typową dla „stajni” PO tendencją do – podszytego cynizmem i pogardliwego w swej istocie – traktowania ludzi jak bezwolnego stada. Bardzo kole to w oczy w momencie gdy odpowiadają na pytania o publiczną opiekę zdrowotną, ale ten cynizm wychodzi też wszystkimi szczelinami w innych momentach wywiadu, zaś jego źródłem wydaje się być pewien błąd filozoficzny, wywodzący się z przenoszenia na rzeczywistość „myślnego” modelu podziału na ludzi „wartościowych” ze względu na możliwość osiągania z nich jakichś korzyści (przedsiębiorców, cudzoziemców, „ex-patów”) oraz anonimową i bezwolną rzeszę ludzką, którą trzeba zarządzać. Problem polega na tym, że stosowanie kategoryzacji (zupełnie naturalne narzędzie, pozwalające na operowanie na złożonych systemach „ze względu na coś”) wymaga bardzo dużej staranności, gdyż należy pilnować aby taki „myślny podział” utrzymywać tam, gdzie jego miejsce – w fikcyjnym modelu i nigdzie więcej. Przeniesienie tego sposobu myślenia na rzeczywistość skutkuje tym, że tą „anonimową rzeszę”, czyli zwykłych ludzi, zaczyna się traktować jak „szarą masę”, która tylko kosztuje pieniądze i wysiłek, podczas gdy ani jednego ani drugiego nie jest warta dopóki tego nie udowodni (np. stając się przedsiębiorcą) – naprawdę trzeba to przeczytać i to kilkakrotnie, znam ten sposób myślenia bo z nim od lat walczę, nic więc dziwnego że p. Gowin (być może podświadomie) rozkłada na łopatki polską humanistykę, bo na jej tle widać to jak plamę czarnego tuszu na kararyjskim marmurze…

Tak więc samozadowolenie p. Gowina życzliwie składam na karb kompletnego odpału i zachęcam do PILNEGO naprawienia rozlicznych bzdur, bo tu jednak wybory za pasem.

Ale jeżeli jest to szyderstwo z nas wszystkich i z p. Kaczyńskiego…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000