Emisariusz

…Ostatnie metry do brzegu były bodaj najtrudniejsze. Wyszedł ze ściany lasu, przeciął ścieżkę i wszedł na strome zbocze wału przeciwpowodziowego. Rozgarniał najdelikatniej jak mógł mokre od rosy chaszcze porastające bujnie stok, starając się unikać hałasu.

Kolejny raz rozejrzał się czujnie na boki, obrócił trwożnie i przez chwilę nasłuchiwał. Normalne odgłosy lasu nie dawały powodu do niepokoju, brzmiały podobnie jak w rodzinnych stronach, skąd wyruszył ze swoją misją aby zaalarmować i przynieść ratunek skazanej przez rządowych siepaczy krainie.
Wykorzystując kępę olch pokonał koronę i trochę ślizgając się na mokrej trawie zaczął zsuwać się w kierunku płynącej rzeki. Jeszcze tylko kilka metrów i zanurzył się niemal cały w zbawczej toni, ot, aby tylko miał jak oddychać. Powoli płynął na drugą stronę, tam gdzie czekają na niego przyjaciele, gdzie czeka na niego pomoc, gdzie każdego uchodźcę witają z radością. Miał tylko nadzieję, że przygotowana przed wyruszeniem puszka z materiałami dowodowymi była wystarczająco szczelna, aby nic nie uległo zniszczeniu. Kiedy złotowłosa Aldona obarczała go misją, kiedy szeptała mu do ucha słowa pożegnania, kiedy ostatni raz pogładziła go pieszczotliwie, wiedział że da radę. Zobaczył jeszcze jak przykuła się do drzewa, aby bronić prastarą puszczę przed katami i jak odwróciła się do niego ze smutnym uśmiechem, kiwając śliczną główką na pożegnanie, więc odwrócił się i poszedł wykonać zadanie. Ciągle jeszcze brzmiało mu w uszach: „Idź, Macieju, jeżeli ty nie dasz rady, to nikt nam nie pomoże”. Nie rozumiał zupełnie jej miłości do korników, ale podziwiał w Aldonie gotowość do ofiary. Jednak w głębi serca miał nadzieję, że skoro była zdecydowana poświęcić tak wiele w obronie ich domu i pożywienia, gdy wraz z innymi żywym łańcuchem otaczali drzewa na których żerowały, to i dla niego znajdzie się kącik w jej sercu.

Poczuł pierwszy dotyk dna po drugiej stronie. Jeszcze tylko kilka ruchów i już mógł dźwignął się na nogi. Krok po kroku wychodził z wody, aż wyszedł na brzeg. Dociągnął do kępy krzaków i położył się na chwilę by odpocząć. O parę kroków od niego wbity w ziemię trójbarwny słup stał jak posąg wolności. Z trudem odczytał napis na umieszczonej na nim sporej tablicy: Brandenburg, Deutschland. „A więc dotarłem” – pomyślał. Poczeka do zmierzchu i ruszy dalej, to już na szczęście blisko. Jeszcze może pół godziny i dotrze do celu, prąd Odry nie mógł go znieść zbyt daleko.

Gdy świat stał się już mocno szary, podniósł się z wysiłkiem. Trzy tygodnie wędrówki i ciągłego ukrywania się dały mu nieźle w kość, ale warto było. Po tej stronie rzeki nie było chaotycznych burzanów, lecz pięknie przycięte i przystrzyżone krzaki, nieopodal na ogrodzonym, równym jak stół pastwisku pasły się zgrabne krowy, a kiedy wszedł na ścieżkę prowadzącą do niewielkiej miejscowości, minął po chwili ślicznie ukwieconą konstrukcję z napisem „Willkommen in Lebus”.

Przystanął na moment, popatrzył ze wzruszeniem na świeże kwiaty, sapnął głośno, wstrząsną bujną grzywą i ruszając w kierunku centrum pomyślał: „Aldonko, żubr Maciej wykonał zadanie”…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000