Czas na program „Firma+”?

Zaczęło się od „500+”

  Dzięki programowi „500+” udało się w Polsce ograniczyć obszary strukturalnej biedy, zaś dla ogromnej liczby polskich rodzin kwoty uzyskiwane w ramach tego programu stanowią istotny składnik rodzinnego budżetu.

  Bardzo dobrze że program ten jest adresowany do wszystkich, że ma charakter pomocy bezpośredniej, a nie mitycznej „ulgi podatkowej”, która jest oczywiście podobno prostsza itd., ale ma tę istotną wadę, że aby z niej skorzystać trzeba mieć dochody podlegające opodatkowaniu w takiej wysokości, aby było z czego sobie odliczać – no a z tym to różnie w Polsce bywa.

  Tak więc mamy już działający jeden istotny element realnego wsparcia znacznej części polskich rodzin, mający również aspekt prodemograficzny, a mianowicie coś, co w sytuacji gwałtownego załamania finansów rodzinnych (czy to z powodu utraty pracy, czy konieczności jej zmiany i okresu poszukiwania lepszej, czy też choćby jakiejś niespodziewanej choroby, uniemożliwiającej dorywcze uzupełnianie finansów rodzinnych), pomaga przynajmniej w pewnym stopniu próbować opanować problemy materialne. W połączeniu z zakazem sądowego zabierania dzieci ze względu na niedostatek, co powinno umożliwiać w miarę bezpieczne korzystanie z pomocy społecznej, powstało narzędzie pomagające skonsolidować rodzinę. Nie da się jednak ukryć, że jest to tylko (i aż) forma wsparcia, i to w takiej postaci na jaką póki co – według rządu – stać wspólnotę obywateli reprezentowaną przez Państwo.

  Czy zrobiono wszysko co do tej pory można było aby rodzina mogła trwać i przetrwać, zawsze będzie kwestią dyskusyjną i zawsze znajdą się malkontenci twierdzący, że można to było zrobić lepiej, hojniej, inaczej itd., ale to naturalne i – niekiedy – twórcze, bo pozwalające na dostrzeganie niedoskonałości modelu i próby jego poprawiania.

Program „Mieszkanie +”

  Tak więc dzięki programowi „500+” rodzina (i to raczej młoda) ma już jak przetrwać, no ale musi jeszcze mieć gdzie.

  Naprzeciw tej potrzebie ma wyjść program „Mieszkanie +”, dzięki czemu rosną szanse na to, że coraz więcej rodzin będzie miało szansę na pewną samodzielność, bo brak mieszkania jest największą bolączką polskich rodzin i rozwiązanie tego problemu jest często celem działań wcześniejszego pokolenia i to przez całe lata. Zapewnienie dzieciom mieszkania jest o tyle istotne, że jeżeli młodzi decydują się na zakup mieszkania na kredyt (już pominąwszy kwestię zdolności do jego uzyskania), to w naszych realiach na długie lata stają się przywiązani do tego, konkretnego miejsca, zaś każde zawirowanie związane z pracą, grozi po prostu katastrofą. A ponieważ odłożenie na zakup mieszkania w jakimś satysfakcjonującym okresie, jest dla przeważającej większości młodych rodzin w zasadzie niemożliwe, to jak w takim razie mieć i wychowywać dzieci? Tak więc pozostają więzi międzypokoleniowe albo wynajem.

  Za czasów „rządów miłości” kolejne, wchodzące lub wrzucane w dorosłość roczniki młodych ludzi przekonywały się, często bardzo boleśnie, że w wypadku braku znajomości lub otrzymanego od rodziców zaplecza finansowego „na start”, mają dość prosty wybór perspektyw życiowych: etat, próba własnej działalności albo emigracja.

  Etat pozwalający na rozważanie kwestii kredytu na mieszkanie to jedynie albo jakiś urząd (posada państwowa czy samorządowa), albo korporacja lub duża firma, bo w mikro- i małych dochody (przynajmniej oficjalne) były niestety za małe żeby móc kupić mieszkanie na kredyt. W efekcie ze względu na kredyt i rodzinę człowiek stawał się mentalnym niewolnikiem urzędu lub korporacji, gdyż gdzieś z tyłu głowy tliła się (i tli w dalszym ciągu) stała obawa przed utratą pracy, a nic tak nie rujnuje innowacyjności i odwagi cywilnej jak strach przed jakąkolwiek zmianą.

  Z kolei wynajem pochłaniał (i dalej pochłania, jak wszędzie w Europie) lwią część domowego budżetu, często wyższą niż rata ewentualnego kredytu, no i dlatego sporo osób na tym zarabiało (i zarabia) wykorzystując swoją zdolność kredytową aby kupić mieszkanie na kredyt w celu dalszego wynajmu tym, którzy takiej możliwości nie mają. A ponieważ ludzie zmuszeni do szukania mieszkania czynsz za najem teoretycznie płacą z opodatkowanego dochodu (czyli minimum te 18% podatku), zaś wynajmujący od kwot uzyskanych powinien odprowadzać też podatek (ryczałt 8,5%), to dzięki temu oficjalny wynajem mieszkania jest pozornie opodatkowany realną stawką 25% (co oczywiście bardzo raduje budżet Państwa, ale najemców już znacznie mniej), choć w rzeczywistości oczywiście o wiele wyżej, a to z bardzo prostej przyczyny.
Otóż aby w ramach etatu ktoś mógł otrzymać jakąś kwotę, jego pracodawca musi odprowadzić od niej należne składki na ubezpieczenia społeczne. Jeżeli więc wynajmujący ma ratę kredytu 1,5 tys. PLN, to tyle musi otrzymać „na czysto”, a w takim razie najemca musi mu zapłacić 1.640 PLN (bo podatek ryczałtowy). Jego pracodawcę kosztuje to prawie 2.900 PLN, więc (zaokrąglając) aby właściciel mieszkania miał 1.500 PLN na ratę kredytu, najemca musi kosztować pracodawcę 3 tys. PLN, a więc dwa razy więcej, a przecież w ogóle nie było jeszcze mowy o opłatach (ogrzewanie, elektryczność etc.).

  Skoro więc na wynajem mieszkania i jakieś przeżycie ledwo wystarcza rzadko występująca w przyrodzie „przeciętna płaca w Polsce”, która teoretycznie we wrześniu 2017 wynosiła 4.500 PLN brutto (co kosztuje „przeciętnego pracodawcę” 5.400 PLN, a z której „przeciętny człowiek” otrzymuje po podatku 2.900 PLN), to jak wygląda sprawa dla mediany wynagrodzeń, która jest przecież znacznie poniżej tego poziomu?
Oczywistym jest więc, że „szara strefa” musi mieć się dobrze, bo po prostu przy takim obciążeniu płac kosztami i przepisach prawa pracy często nie ma jak z niej wyjść, gdyż właściciel firmy nie zapłaci więcej niż może i musi, a w efekcie podjęcie przez pracownika decyzji o opuszczeniu „szarej strefy” dla uzyskania zdolności kredytowej pozwalającej na zakup mieszkania, pociąga za sobą konsekwencję w postaci zmniejszenia rzeczywiście otrzymywanej kwoty wynagrodzenia, co przy takich kosztach wynajmu mieszkania jest po prostu niemożliwe i zagraża rodzinie.

  A przecież pracodawca płacący „do ręki”, płaci ze swojego zysku od którego odprowadza podatek, dla niego więc nie byłoby różnicy czy płaci „oficjalnie” czy „pod stołem”, bo podatek i tak zapłacić trzeba, jak nie do urzędu skarbowego to w postaci VAT od dowolnych zakupów.

  Problemem są koszty ZUS i nie zmieni tego żadne nasyłanie kontroli PIP, ZUS, Urzędów Skarbowych i nie wiadomo kogo jeszcze oraz karanie zarówno pracodawców jak i pracowników, gdyż i jedni i drudzy wspólnie walczą o przetrwanie – pracodawcy o przetrwanie na rynku, pracownicy o przetrwanie swoich rodzin. Jest to pewna smutna rzeczywistość odziedziczona nie tylko po rządzie Tuska, ale sięgająca głębiej w przeszłość i mająca charakter strukturalny.

  W takiej sytuacji program „Mieszkanie+” jest pilną koniecznością, aby – przynajmniej w jakimś stopniu – załagodzić problem i pomóc choć części rodzin już nie tylko przetrwać (jak to jest z „500+”), ale i w miarę normalnie funkcjonować, gdyż tylko obniżenie kosztów wynajmu może pozwolić na wyjście z „szarej strefy”, to zaś dopiero może pomóc uzyskać zdolność kredytową wystarczającą na zakup jakiegoś mieszkania.

Rodzina w trybach „dobrej zmiany”

  Niestety, w ciągu ostatnich dwudziestu lat próg wejścia na rynek w ramach świeżo rozpoczynanej działalności gospodarczej stawał się coraz wyższy. Co prawda pakiet ustaw w ramach tzw. „Konstytucji dla biznesu”, uchwalony ostatnio przez Sejm, ma teoretycznie za zadanie coś tu zmienić, ale nie da się ukryć że na ustawach tych wyraźnie odciśnięte jest piętno sposobu myślenia urzędników jeszcze z poprzedniego rozdania.

  Chodzi o pewną zupełnie elementarną różnicę sposobu myślenia powodującą, że najlepsze nawet pomysły po ich przerobieniu na przepisy potrafią zamienić się w swoją żałosną karykaturę, a wynikającą z mylenia pojęć „dobra wspólnego” i „dobra publicznego”, które – wbrew rozpowszechnionym mniemaniom – bynajmniej nie są synonimami, o czym zresztą już pisałem.

  Otóż „dobro wspólne” jest dla każdej wspólnoty tym, do czego każdy członek coś z siebie lub od siebie dokłada na jej rzecz (nawet mniej lub bardziej chętnie, ale jednak), aby WSZYSCY członkowie wspólnoty mogli mieć WSPÓLNĄ korzyść, rozumianą też w kategoriach pokoleniowych. Taką wspólnotę stanowią ci mieszkańcy Polski, którzy w ten sposób myślą.
„Dobro publiczne” natomiast to coś, z czego w zamian za swój jakiś tam wkład każdy kto chce (lub daje radę) może coś dla siebie czerpać, a więc bardziej pewien układ quasi-biznesowy w kategoriach „coś za coś”, w którym nie ma myślenia w kategoriach wspólnoty.

  Pojęcie „dobra wspólnego” w tym rozumieniu wypracowano na obszarze Cywilizacji Łacińskiej, natomiast dla ludzi ukształtowanych w mentalności bizantyńskiej jest ono równoznaczne z „dobrem publicznym”, jako że tam Państwo jest właścicielem wszystkiego (za wyjątkiem tego co pozwala mieć prywatnie), no a w Cywilizacji Turańskiej to już w ogóle nie ma mowy o „dobru wspólnym”, bo na wszystkim łapę trzyma władza która nie podlega żadnym prawom i jedynie jak się uda człowiekowi coś gdzieś cichcem zachachmęcić, to może mieć czasowe wrażenie że w ogóle ma coś dla siebie (vide: casus Chodorkowskiego).

  I teraz cała koncepcja „dobrej zmiany” zaczyna mieć problemy i rozsypywać się gdzieś po urzędach właśnie z tego podstawowego powodu: po prostu choć sama koncepcja „dobrej zmiany” była tworzona przez ludzi myślących w kategoriach dobra wspólnego, to jej realizacja trafiła w ręce zasiedziałych urzędników, dla których „dobro wspólne” i „dobro publiczne” w najlepszym wypadku są tym samym. Nie dość zresztą że tych dwóch całkowicie odmiennych podejść nie rozróżniają, to jeszcze w dodatku ludzi myślących w kategoriach „dobra wspólnego” traktują jak skrajnych naiwniaków albo cwanych spryciarzy, no bo skoro nie widać żadnej bezpośredniej korzyści z danej koncepcji dla takiego delikwenta, to albo jest durniem, albo robi z urzędników durnia, skoro pomimo starań nie są w stanie dostrzec gdzie on tę „swoją korzyść” przemyślnie ukrył.

  No i to jest ten istotny powód, dla którego „dobra zmiana” zaczyna nam się niestety blokować gdzieś po administracji, bo ci którzy powinni wcielać ją w życie rozpisując przedstawiane koncepcje na głosy wykonawcze w poszczególnych urzędach, często w ogóle nie są w stanie ogarnąć o co w tym wszystkim chodzi, więc robią to tak jak potrafią (wersja optymistyczna tłumaczenia).

„Firma+”

  Aby odbudować rolę rodziny jako międzypokoleniowej wspólnoty której celem jest emancypacja kolejnych generacji, potrzebne jest utworzenie wyjątkowego, ale też wyjątkowo potrzebnego mechanizmu firmy rodzinnej. Firmy rodzinnej jako odrębnego podmiotu prawa gospodarczego, podatkowego oraz cywilnego, gdyż dokonywana od czasów okupacji hitlerowskiej destrukcja więzi rodzinnych, również przez niszczenie fundamentów ekonomicznych samodzielnej egzystencji rodziny, odniosła skutek i dopiero na początku lat 90-tych XX w. sytuacja zaczęła się o tyle zmieniać, że ludzie mogli zacząć próbować budować od nowa jakieś zaplecze pozwalające na rozwój rodzin. Niestety, trwało to zbyt krótko.

  Jak tak firma ma funkcjonować i kogo dotyczyć? Ano najprościej na świecie, sprawa powinna dotyczyć co najmniej osób w obrębie I grupy podatkowej w rozumieniu prawa spadkowego i wystarczy że wszyscy zainteresowani (bo ktoś z rodziny może nie być zainteresowany) wezmą udział w rejestracji w CEIDG nowego rodzaju podmiotu, ze wskazaną listą imienną listą członków oraz osoby (lub osób) decyzyjnych.

  Podatek dochodowy? Normalnie, jak obecnie: zasady ogólne, liniowy, ryczałt lub karta podatkowa, przy czym w dwóch pierwszych wypadkach do kosztów powinny być dodatkowo zaliczane kwoty wydatkowane na zaspokojenie podstawowych potrzeb mieszkaniowych wszystkich członków firmy rodzinnej.

  VAT? Tak samo jak dziś, z urzędu zwolnienie podmiotowe lub zgłoszenie VAT-R jako czynnego podatnika VAT. Różnica powinna być tylko taka, że obecnie dany podmiot może korzystać ze zwolnienia podmiotowego z VAT do poziomu 200 tys. PLN obrotu rocznie, natomiast firma rodzinna (jeżeli członkowie zdecydują się na pozostanie przy zwolnieniu) powinna mieć limit będący iloczynem 200 tys. PLN i ilości członków firmy rodzinnej. I tyle. Chyba że wprowadzamy rozwiązanie, że czynnym płatnikiem VAT mogą być wyłącznie osoby prawne, to wtedy problem limitów znika.

  Pozostaje jeszcze kwestia nieszczęsnego ZUS i ubezpieczeń chorobowych. No i tu musi nastąpić prawdziwa rewolucja, ze względu na postulowany charakter firmy rodzinnej i tworzące się w niej oraz utrzymywane w jej ramach więzi międzypokoleniowe. Po prostu ubezpieczenie zdrowotne powinno być rodzinne (a nie za każdą osobę osobno), natomiast co do ubezpieczeń społecznych, to dla firm rodzinnych powinny one być DOBROWOLNE, bo niby dlaczego urzędnik ma decydować za kogoś, czy może zaufać własnym dzieciom na tyle, że na starość nie zostawią go pod mostem (zresztą są przepisy prawa rodzinnego o obowiązkach dzieci względem rodziców, więc całkiem skuteczny instrument prawnej ochrony już jest).

  A zapewniam Państwa, że większość normalnych rodziców woli wydać te 1.250 PLN miesięcznie od każdego członka rodziny na dodatkowe lekcje, dodatkowy sprzęt i dodatkowe inwestycje we własne dzieci niż w obietnice przyszłej emerytury w takiej wysokości w jakiej kiedyś przyszłe Państwo ewentualnie będzie skłonne im wypłacić.

  Dla porównania ze stanem obecnym (o czym, jak się okazuje, urzędnicy NAPRAWDĘ nie wiedzą), jeżeli rodzice i trójka pełnoletnich dzieci wpadną na pomysł wspólnego działania, to z okazji samego ZUS płacą przeszło 5 tysięcy miesięcznie oraz 1,5 tys. PLN zdrowotnego. Czyli żeby przetrwać na poziomie GUSowskiego minimum egzystencji w wynajętym mieszkaniu (czyli mieć „na czysto” te 2 tys na czynsz i rachunki oraz 2,5 tys. na wegetację dla pięciu osób, muszą mieć dochody w wysokości 12 tys. miesięcznie. Jeżeli teraz założyć, że marża w drobnym handlu wynosi 30% (realnie wynosi mniej), a trzeba jeszcze ponosić koszty działalności (choćby łączność i paliwo do samochodu, powiedzmy razem 1.500 PLN miesięcznie), muszą mieć obroty miesięczne (czyli przychód) na poziomie 45 tys. PLN bez VAT, czyli obroty brutto na przeciętnym poziomie 2 tysiące PLN dziennie (tak dla porównania, według tej nowej „Konstytucji dla biznesu” działalność nierejestrowa to taka, gdzie przychód, czyli obrót, nie przekracza 1 tys. PLN miesięcznie dla danej osoby – na dobrą sprawę przy drobnych usługach ta sama rodzina będzie mogła mieć dokładnie te same 5 tys. miesięcznie bez całego cyrku z księgowością i ZUSami, ale niestety, jakikolwiek handel jest tu po prostu niemożliwy, z racji wskazania przez ustawę na przychód a nie dochód).

  Ostatnią sprawą jest skala – po prostu firma rodzinna musi spełniać co do skali obrotu przesłanki pozwalające na zaliczenie do „małego przedsiębiorcy”, zaś od strony zatrudnienia pracowników, ich maksymalna ilość powinna być jakoś powiązana z ilością członków rodziny.

  Wiem doskonale, jak może teraz wyglądać wiwisekcja tej koncepcji w wykonaniu urzędników. Najpierw będą się wypowiadali „eksperci” z rozmaitych ministerstw pracy, płacy i wszystkiego najlepszego, którzy nigdy w życiu nie prowadzili żadnej działalności rynkowej, pominąwszy zlecenia na rozmaite opracowania zawdzięczane kolegom z sąsiednich instytucji na zasadach wzajemności i mający bardzo ograniczone pojęcie nie tylko o realiach życiowych, ale nawet o własnych przepisach (kiedy rok temu w rozmowie z urzędnikiem zaangażowanym w szczęśliwie zaniechany, fatalnie skonstruowany projekt ustawy o tzw. „małym ZUS” zapytałem w którym miejscu projektu będzie o uldze również za współpracującego małżonka, bo inaczej będzie się za niego odprowadzać pełny ZUS tak jak jest teraz, zaś projekt tego w ogóle nie uwzględnia, to był szczerze zdziwiony, bo o nic o tym obowiązku nie wiedział), następnie wypowie się ZUS, który zacznie wyliczać wyssane z palca „straty”, bo nie wpadną na to że skoro dziś nic nie dostają, to pod tym względem niewiele się zmieni, a z ich punktu widzenia powinno być przecież obojętne to czy w bilansie ogólnym dotacja budżetowa dla ZUS będzie większa i pokryta ze zwiększonych wpływów podatkowych dzięki wzrostowi ilości płacących podatników, czy (tak jak teraz) mniejsza dzięki wyrywaniu od części z nich składek, ale kosztem pozostawania reszty w „szarej strefie”, następnie Ministerstwo Finansów, gdzie od trzydziestu lat nie ma w ogóle choćby komórki mającej za zadanie przeprowadzanie symulacji realnego wpływu postulowanych rozwiązań na gospodarkę, będzie protestować (nie wiadomo czemu, ale na pewno coś wymyślą), a kolejne urzędy będą domagały się ułatwień dla siebie, szczególnie w dziedzinie wszelakich kontroli, żeby łeb ukręcić sprawie i po staremu nie musieć się niczym przejmować dopóki z budżetu co miesiąc wpływają pensje na konta – tak jak prezes UOKiK zablokował i doprowadził na specjalnym posiedzeniu Komitetu Stałego Rady Ministrów w dn. 22 września 2017 r. do usunięcia z projektu Ustawy o Rzeczniku Praw Małych i Średnich Przedsiębiorców (co to ją Prezydent w ostatni piątek podpisał) całego art. 13, dającego Rzecznikowi prawo do nadzwyczajnego wstrzymania każdej kontroli jeżeli istnieje podejrzenie naruszania prawa oraz przedsiębiorcy grożą niepowetowane straty. A jemu to nie pasowało i już, artykułu nie ma i co mu zrobicie?

  Co więc zrobić? Po prostu to zróbmy. Nie dzielmy włosa na czworo, nie optymalizujmy, nie pytajmy o zdanie urzędników, tylko po prostu to zróbmy i jedynie się odsuńmy daleko, bo to nie będzie jakiś tam wzrost aktywności, tylko jej potężna eksplozja – sami wiemy ile człowiek jest w stanie zrobić dla przyszłości własnych dzieci i że najzwyczajniej w świecie wystarczy mu w tym nie przeszkadzać…

  Jeżeli jeszcze tylko p. Glapiński wraz z BGK, PKO BP i PeKaO S.A. zadbają o utrzymanie płynności na rynku, żeby do obsłużenia tego wzrostu wystarczyło ilości pieniędzy w obiegu, to o rodzinę będziemy się mogli powoli przestawać martwić. Postulat jest prosty: firmy rodzinne powinny mieć możliwość użycia posiadanego majątku jako zabezpieczenia dla debetu w swoim rachunku (czyli szansę na odmrożenie kapitału rodzinnego) i to na normalnych warunkach, np. WIBOR + 2% a nie na 17% rocznie – ostatecznie NBP od lutego 2010 roku ma możliwość na zlecenie banków komercyjnych dyskonta weksli własnych osób fizycznych, więc tzw. „ryzyko” jest dla banków żadne.
No a nie jest żadną tajemnicą, że bez pieniędzy to się przecież nic nie uda, ale metody tworzenia podstaw kapitału rodzinnego to temat na osobny artykuł i odrębną dyskusję.

Ostatecznie Polska to „rodzina rodzin”, więc uruchommy program „Firma+” i nie przeszkadzajmy rodzinom dbać o siebie.

Damy radę? Bo rodziny to na pewno…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000