„…Cóż to jest prawda?…” czyli czemu Cywilizacja Łacińska

Dziś prawie wszyscy słyszeliśmy jedno z najsłynniejszych pytań w historii ludzkości: „…Cóż to jest prawda?…”. Sterany walką o wpływy, władzę i uśmiech cezara człowiek w którego ręce powierzono losy innych ludzi, mający być ich sędzią, wyrocznią i zbawcą lub katem, zadaje to pytanie pobitemu wędrownemu kaznodziei, którego wydano mu, żądając ogłoszenia wyroku śmierci.
„…Cóż to jest prawda?…” – retorycznym pytaniem z którym od trzech wieków borykali się wtedy filozofowie i mędrcy, wydaje się zbywać lekceważąco właśnie usłyszane: „…Ja się na to narodziłem i przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy kto jest z prawdy, słucha mojego głosu…”. On, prokurator Judei, sędzia z łaski rzymskiego tyrana i mocą podległych mu żołnierzy – wyznaje że nie wie, na jakiej podstawie decyduje o życiu lub śmierci?
Jeżeli nie wie „…cóż to jest prawda…”, to co osądza? Jakie kryteria przyjmuje? Jak może sądzić sprawiedliwie, czyli zgodnie ze starą definicją wyrokować tak, aby oddać każdemu to co się jemu należy, jeżeli nie wie co się komu należy, bo nie wie „…cóż to jest prawda…”?

Minęły dwa millenia, człowiek był kilka razy na Księżycu, tzw. świat nauki „…Ziemię pomierzył i głębokie morze, wie kędy wstają i zachodzą zorze, wiatrom rozumie, praktykuje komu, i tylko nie wie…” że prezio trybunalski ma własną wersję prawdy i co mu zrobisz.

Dalej ten sam dylemat, począwszy od Sokratesa poprzez senne majaki Platona i trzeźwą odpowiedź Arystotelesa, „brzytwę Ockhama”, dobrą radę św. Tomasza i mimo to rozpaczliwe poszukiwania Kartezjusza, wpychające całą Europę w odmęty bajek Hegla, Sartre’a i Magdaleny Środy, zamykającej listę płac w charakterze etyka (co w niczym nie przeszkadza jej w szerzeniu relatywizmu, świadcząc zresztą mimowolnie o poziomie logiki na jej wydziale).

Jeżeli relatywizm, to zupełnie zasadne jest to stare, co roku powtarzane pytanie „…Cóż to jest prawda…”. Ale jeżeli jest ono zasadne, to czym właściwie zajmuje się nauka? Już nie mówię o filozofii, gdyż wydawać by się mogło że bez jasnego zdefiniowania kryterium prawdy tym różni się od fantastyki naukowej, że pisarze s-f muszą mieć choć odrobinę talentu literackiego żeby z głodu nie pomrzeć, a z jakichś tajemniczych przyczyn za uprawianie takiego na przykład heglizmu dają stałą pensję, tytuły naukowe i finansują rozjazdy po świecie na towarzyskie spotkania im podobnych.

Wszelkie filozofie, rozumiane jako próba konstrukcji systemów ujmujących całość zagadnień będących właściwym im przedmiotem, w pierwszej kolejności stają przed koniecznością ustosunkowania się do kwestii prawdziwości prowadzonych rozważań, a sprowadza się to w zasadzie do problemu istnienia ich przedmiotu. Dopóki nie mamy przekonania że przedmiot naszych badań istnieje, nie może być mowy o nauce, dlatego też o rozwoju dyscyplin naukowych możemy właściwie mówić dopiero od XIII w. – tak się dziwnie składa, że akurat wtedy św. Tomasz podniósł pomijaną przez wieki kwestię „istnienia” jako warunku sensowności rozważań o czymkolwiek. Problem jednak w tym, że kwestia „istnienia” jako aktu jest poza naszym bezpośrednim poznaniem, bo obserwujemy tylko jego skutki: coś musi istnieć żeby było badane, bo – jak zauważył już Parmenides – niebytu  nie ma.

No a jak czegoś nie ma to nie ma co badać albo można wyciągnąć dowolny wniosek (co też poddaję heglistom etc. pod rozwagę).

Podstawową i nierozwiązywalną trudnością jest brak możliwości stosowania do tych zagadnień narzędzi logiki formalnej, a to ze względu na „brzytwę Wittgensteina”, mówiącą iż przesłankami rozumowania logicznego mogą być jedynie zdania w sensie logicznym, czyli takie, którym w sposób pewny można przypisać wartość prawdy lub fałszu i z racji tego odnoszące się wyłącznie do stwierdzonych faktów, a więc takich zdań, dla których istnieją fizyczne desygnaty zawartych w nich pojęć.

W konsekwencji z jednej strony ogranicza to zakres działania logiki formalnej do obszaru czysto materialnego, z drugiej zaś stwierdzenie „fizycznego istnienia desygnatu pojęcia” już wymaga przyjęcia założenia entymematycznego, że w ogóle „coś” istnieje, zaś logiczny dowód na istnienie jest niemożliwy, jako że na gruncie rozumowania właściwego naukom szczegółowym, a zwłaszcza w oparciu o logikę formalną, we wszelkich rozważaniach dotyczących transcendencji (w tym aktu istnienia) mamy de facto do czynienia z paralogizmem, a konkretnie z dwoma błędami logicznymi typu „petitio principii”: „circulus in demonstrando” oraz „regressus at infinitum”. Na tym polega „brzytwa Wittgensteina”.

Uczenie to brzmi, a w rzeczywistości chodzi o to, że udowodnianie istnienia „czegoś” wymaga przyjęcia że to „coś” istnieje, bo inaczej nie ma jak przeprowadzić dowodu logicznego, więc cała sprawa przypomina jako żywo technikę barona Münchhausena wyciągania się klienta wraz koniem z bagna metodą chwytu za własne włosy.

Tak więc na gruncie nauk szczegółowych jedynie rzeczywistość poznawalna drogą zmysłową może stanowić kryterium prawdy per se, a i to jedynie w wypadku przyjęcia założenia jej istnienia przez podmiot poznający, co przecież leży w gestii ontologii, a więc zajmującej się tym zagadnieniem dziedziny filozofii.

Mamy w ten sposób do czynienia z paradoksem naukowo-poznawczym, którego istotą jest nieuchronne dążenie nauk szczegółowych do negacji transcendencji (a w konsekwencji ontologii) z racji braku ścisłego kryterium prawdy odnośnie faktu istnienia, zresztą trudno się dziwić, bo jak tu liczyć na granty jeżeli trzeba by na początku udowodnić że w ogóle wszechświat istnieje, a tu konkretna kasa leży na stole i krzyczy „weź mnie”.
Tak więc pomimo usytuowania nauk szczegółowych (czyli w ogóle nauki) w obszarze materialnym ujmowanym na sposób pomiędzy umiarkowanym a skrajnym realizmem pojęciowym, opartymi przecież o dwa sprzeczne ujęcia filozoficzne, negacja transcendencji skutkuje redukcją umiarkowanego realizmu pojęciowego do materializmu, ten zaś jest poglądem z obszaru filozofii idealistycznej, a skutkiem jest tendencja do afirmacji idealizmu.
Ergo, nauki szczegółowe będące pierwotnie narzędziem stworzonym w obrębie filozofii realistycznej do rozstrzygnięć w obszarze materialnym, na skutek negacji transcendencji faktycznie uzurpują sobie prawo do oceny i dokonywania rozstrzygnięć ontologicznych (w tym metafizycznych) w sposób właściwy dla filozofii idealistycznych.

W świetle paradygmatów nauk szczegółowych, wszelki rozstrzygnięcia ontologiczne, czyli „filozofie pierwsze” wszelkich filozofii, są de facto zbiorami aksjomatów, których prawdziwość, zgodnie z naturą pojęcia „aksjomatu”, jest zakładana bez dowodu. Tak więc wobec braku możliwości rozstrzygnięcia na gruncie nauk szczegółowych poprawności tych aksjomatów, możemy jedynie badać poprawność formalną rozumowań prowadzonych w oparciu o budowane na nich zdania, ale bez możliwości rozstrzygnięcia prawdziwości poszczególnych systemów filozoficznych, z racji braku innych kryteriów prawdy niż będących wynikiem przyjęcia jakichś aksjomatów.

Reasumując, narzędziami właściwymi dla nauk szczegółowych nie można z wewnątrz żadnego systemu filozoficznego udowodnić jego prawdziwości a jedynie poprawność, zaś z zewnątrz możemy ocenić jego prawdziwość jedynie w oparciu o kryteria właściwe dla innego systemu filozoficznego, ale oczywiście bez możliwości udowodnienia prawdziwości tychże kryteriów.

I co z tego wynika? Że po dwóch milleniach, kilku wizytach na Księżycu, zgłębiania mórz, oceanów, DNA i zasad fizyki kwantowej, stare, co roku powtarzane pytanie „…Cóż to jest prawda?…” dalej jest aktualne. Szczególnie jak się odrzuca to, co powiedział prokuratorowi Judei piętnastego dnia miesiąca nissan wędrowny kaznodzieja, którego śmierci domagał się tłum na zewnątrz: „…Ja się na to narodziłem i przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy kto jest z prawdy, słucha mojego głosu…”.
Nic dziwnego że żądali jego śmierci: przecież oni prawdę znali, oni ją cyzelowali, oni mieli na nią monopol, wręcz byli jej właścicielami, depozytariuszami, twórcami interpretacji, uczonymi w piśmie, prawie i mądrości.
I ten wędrowny, bezdomny gaduła im będzie twierdził że to  „…Ja jestem prawdą…” i jeszcze wymyślał im od „grobów pobielanych”? A niedoczekanie jego, nasza prawda o nim jest prawdziwsza niż on sam, a jak się komu nie podoba, to mamy sługi i żołnierzy.
„…Tak odpowiadasz Arcykapłanowi?…”
„…Jeżeli źle powiedziałem, to powiedz co było złego, a jeżeli dobrze to czemu mnie bijesz?…”
„…Ukrzyżuj, ukrzyżuj go!!!…”

A o tym co z tego dla nas wynika, napiszę jutro…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000