„…Cóż to jest prawda?…” czyli Cywilizacja Łacińska cz. 2

Jak pokazane było we wczorajszym wpisie, największym problemem wszelkich filozofii jest brak kryterium prawdy dla weryfikacji ich podstawowych założeń. W efekcie narzędziami właściwymi dla nauk szczegółowych nie można z wewnątrz żadnego systemu filozoficznego udowodnić jego prawdziwości a jedynie poprawność, zaś z zewnątrz możemy ocenić prawdziwość tego systemu jedynie w oparciu o kryteria właściwe dla innego systemu filozoficznego, ale oczywiście bez możliwości udowodnienia prawdziwości tych kryteriów.

Jednym słowem „kicha”? No tak, nie da się ukryć że gdy zwolennicy przeciwnych systemów filozoficznych zaczynają dyskusję, to dysputa bardziej przypomina wzajemne nawracanie niż przekonywanie i nic w tym dziwnego, skoro jeden uważa że lepsze jest niebieskie, a drugi że słodkie.

Dlaczego tak się dzieje? Ano, bo na gruncie filozofii w dalszym ciągu jest aktualne wielkopiątkowe pytanie „…Cóż to jest prawda?…”.

Otóż aby móc ocenić prawdziwość jakiekolwiek twierdzenia, przede wszystkim musi być ono zdaniem w sensie logicznym, a ponadto musimy dysponować narzędziem do wypracowania „kryterium prawdy”.

Jeżeli przyjmujemy że twierdzenie jest zdaniem w sensie logicznym, to oznacza że zakładamy iż mamy do czynienia z podmiotem (a więc twierdzącym) i przedmiotem (a więc tym, czego twierdzenie dotyczy) – każdy kij ma dwa końce, a każda relacja dwa kresy. Relacja prawdziwościowa też, więc może być rozumiana w dwojaki sposób: albo przebiega od podmiotu do przedmiotu, albo na odwrót. Czyli albo kryterium prawdy jest zawarte w ocenianym przedmiocie, albo jest sytuowane w ocenie poznającego.

Z tej drobnej na pozór różnicy wzięły się dwa wielkie, całkowicie odmienne systemy filozoficzne, to ta różnica jest powodem odmienności różnych sposobów życia zbiorowego, to dlatego mieliśmy w historii Europy „noc św. Bartłomieja”, reformację, wojnę trzydziestoletnią, dwie wojny światowe czy rewolucję francuską. Realizm i idealizm, których akademicki spór nie jest w ogóle dla nikogo interesujący, dopóki jego skutki nie dopadną nas przy okazji kolejnej wojny.

Choćby taka prosta sprawa: dzisiejszy spór o to, czy Naród może stanowić takie prawa, jakie uważa za słuszne, czy też istnieje bariera prawna której nie wolno mu przekroczyć.
Można wysłuchiwać racji jednej i drugiej strony, rozważać argumenty, kiwać z uznaniem głową nad subtelną metodą prawniczego dowodzenia że niebieskie jest lepsze od słodkiego, gdyż jest cięższe o zachodzie słońca i cieplejsze zimą, ale z perspektywy cywilizacyjnej widać, że jest to spór bez sensu – dyskusja się toczy pomiędzy zwolennikami Cywilizacji Bizantyńskiej a Łacińskiej, a więc jest to w istocie spór o prawdziwość paradygmatów rozumowania. Nic więc dziwnego, że choć dyskusja sprawia wrażenie racjonalnej, to narasta wzajemna irytacja.

Cywilizacja Bizantyńska jest tworzona w oparciu o przekonanie, że kryterium prawdy zawarte jest w osądzie podmiotu poznającego (czyli „każdy ma własną prawdę”), więc musi istnieć system nadrzędny rozstrzygający spory wynikające z różnicy osądów tego samego przedmiotu. Rolę tę pełni w niej system prawny, odgórnie rozstrzygający wszelkie wątpliwości w miarę jak się pojawiają (przy okazji – w tej cywilizacji pojęcie „naród” jest tożsame z pojęciem „poddany” albo „obywatel”, więc o przynależności do „narodu” decyduje moment nadania obywatelstwa: to dlatego przywódcy państwa niemieckiego nie rozumieją istoty problemu „nachodźców”, no bo kiedy im nadano obywatelstwo, to stali się Niemcami, więc dlaczego zachowują się inaczej niż powinni?).

Cywilizacja Łacińska została dla odmiany stworzona w oparciu o przekonanie, że kryterium prawdy jest zawarte w przedmiocie osądu (a więc przyglądamy się czemuś z uwagą i sobie oceniamy, ale nasza ocena nie rzutuje na to, jaki ten przedmiot jest naprawdę – jest jaki jest, a nasz osąd może być temu bliższy lub od tego dalszy). W efekcie w razie sporu co do oceny, można sobie próbować różne opinie porównać, bo jest z czym. Pamiętacie może hinduską opowiastkę o słoniu badanym przez ślepców? Jak jeden złapał trąbę i z zachwytem głosił że „słoń jest jak duży wąż”, drugi objął nogę i twierdził że słoń jest jak kolumna etc? No więc jeżeli kryterium prawdy jest zawarte w słoniu, to zamiast się naparzać kijami (względnie zagonami pancernymi) o to czy słoń jest bardziej wężowaty, czy kolumnowaty, należy po prostu zbadać słonia.

Tak więc w określaniu kryterium prawdy decydujące jest któremu kresowi relacji przypiszemy rolę depozytariusza prawdy, podmiotowi czy przedmiotowi. Natomiast kierunek relacji prawdy jest jednocześnie tożsamy z przyjmowanym porządkiem poznania, mianowicie czy jest ono bierne (czyli żeby „coś” poznać, musimy OTRZYMAĆ jakąś informację o tym „czymś”, bo sami z siebie nic nie wygenerujemy) czy też poznanie jest czynne, a więc to my aktywnie wpływamy na przedmiot poznawany – błąd wynikający z niedoceniania przez uczonych filozofów roli wyobraźni w procesie poznawania, za to doskonale znanej przez kobiety, które przecież wykorzystując wręcz instynktowną wiedzę jak jest „męskie oko zbudowane”, do perfekcji opanowują i doskonalą takie różne sztuczki maskująco-pozorujące.

Jeżeli uznamy, że kryterium prawdy zawarte jest przedmiocie (czyli nasz sąd jest wtórny wobec przedmiotu), definiujemy prawdę jako „zgodność myśli z rzeczą”, jeżeli zaś odwrotnie, czyli uznamy że sytuujemy kryterium prawdy w naszym sądzie, definiujemy prawdę jako „zgodność rzeczy z myślą”, gdyż to nasz sąd uznajemy za pierwotny.

Obydwa te, tak odmienne podejścia, skutkują odmiennymi systemami filozoficznymi, w jednym wypadku opartymi na założeniu realnego istnienia zarówno podmiotu poznającego jak i przedmiotu zawierającego w sobie prawdę o nim samym (nadrzędność istniejącego bytu i poznanie bierne, czyli filozofie esse), zaś w drugim wypadku opartymi o założenie istnienia jedynie podmiotu poznającego ze względu na istnienie jego myśli i sądu (nadrzędność myśli i poznanie czynne, czyli filozofie cogito).

Zbadanie przyjętego kierunku relacji prawdy czyli zakładanego porządku poznania,  jest kluczowe przy analizie każdego systemu filozoficznego, gdyż pozwala na identyfikację jego podstawowych przesłanek pozwalających na określenie, jak w danym systemie rozumie się że i jak „coś” jest, co w konsekwencji pozwala na skuteczne szukanie odpowiedzi na pytanie „dlaczego akurat tak”.

No i wszystko byłoby cacy, gdyby nie istotny problem: rozstrzygnięcie co do prawidłowości porządków poznania (a więc czy prawdziwe są filozofie „esse” czy „cogito”) jest uwikłane w paradoks poznawczy, który uniemożliwia dokonania go w sposób pewny.
Polega na tym, że choć obydwa rodzaje filozofii wzięły się ze wspólnego dla nich przekonania iż umysł poznaje prawdę, to różnice pojawiły się w swoistym dla nich sposobie traktowania odseparowania umysłu od przedmiotu poznawanego.
Z punktu widzenia filozofii „esse” intelekt docieka prawdy o poznawanym bycie nie poznając go wprost, gdyż JEDYNYM źródłem wiedzy o przedmiocie są zawodne zmysły, zaś z punktu widzenia filozofii „cogito” – źródłem wiedzy jest sam intelekt podmiotu poznającego, bez względu na zareagowania zmysłowe, gdyż zawiera w sobie „prawdę wrodzoną”.
W konsekwencji filozofie „esse” nie pozwalają na wygłaszanie sądów pewnych, gdyż poznanie jest zależne od zawodnych zmysłów, zaś filozofie „cogito”, choć w zamyśle pozwalają na wygłaszanie sądów pewnych bez względu na materialne istnienie przedmiotu, w rzeczywistości nie pozwalają na ich formułowanie ze względu na „brzytwę Wittgensteina”, czyli niemożność sformułowania zdania pewnego w sensie logicznym z powodu braku konieczności powiązania sądu z materialnym desygnatem pojęcia.
Tak więc w obydwu wypadkach intelekt jest skazany na niepewność, zaś przyjęcie danego porządku poznania jest jedynie kwestią mniej lub bardziej świadomego wyboru.

I w tym momencie staje się już jasne, jak ważną sprawą jest odpowiednie usprawnienie intelektu do identyfikowania i rozważania przesłanek wyboru i jego dokonania.

Problem oczywiście nie leży w filozofii, ale w samym człowieku. Co prawda już Sokrates zauważył że „nic nie wie”, ale po pierwsze dość długo do tego dochodził, a po drugie – co ważniejsze – samodzielnie. Tym się m.in. różni od dzisiejszych polityków i gimnazjalistów, którzy co prawda też nic nie wiedzą, ale są z tego i z siebie tak dumni, że w życiu sami nie wpadną na taką konkluzję, dopiero ktoś im to musi powiedzieć.
Z gimnazjalistami w zasadzie prosta sprawa, od tego powinni być nauczyciele, ale kto politykowi postawi „pałę” za niewiedzę? Wyborcy? Jesteści pewni że w masie ważącej na wyniku wyborów są od nich w czymś lepsi? Wolnego…

Żeby zrozumieć perfidię pułapki iluzji prawdy, w której wszyscy bez wyjątku się znajdujemy, trzeba przyjrzeć się powodom, dla których samodzielne wydostanie się z niej jest niemożliwe. Wejście do niej – i owszem, ale jest to „one-way ticket”, w dodatku otrzymywany wraz z pieluchą.
Spotkaliście się kiedyś z wiecznie zadowolonym z siebie bucem, który wie wszystko co wiedzieć powinien, oporu i sprzeciwu nie zauważa albo zbywa wzruszeniem ramion, prze do przodu jak ślepy czołg do znanych sobie jedynie celów i miażdży wszystko, co na swojej drode spotka, począwszy od podwładnych, poprzez przeciwników a na własnym małżeństwie kończąc? I żeby jeszcze był to jakiś prymityw, ale często człowiek wykształcony, języki, MBAje, pół świata zaliczone, smakosz whisky i w ogóle „excusez-moi, pardon, savoir-vivre, bon-ton”, choć ostatnio tak się porobiło, że dzięki gangom kelnerów mogliśmy co nieco dowiedzieć się o sekretach języka niektórych kręgów dzisiejszych „wyższych zer”.

Ponieważ sprawa jest niezwykle istotna z punktu widzenia ludzkich sposobów życia zbiorowego, na kształtowanie których niezwykle silny wpływ ma sposób podejścia do prawdy, warto rzecz znać, bo dopiero wtedy stanie się jasne, co jest potrzebne do tego, żeby odmiennie ukształtowane wspólnoty współistniały w miarę bez konfliktów oraz – co dla dzisiejszej sytuacji w Europie dużo istotniejsze – jakie są źródła walk pomiędzy nimi.

Otóż w osobie ludzkiej mamy do czynienia z trzema władzami: w sferze emocjonalnej z władzą zmysłową, zaś w sferze intelektualnej z wolą oraz intelektem. Każda z nich odpowiada za co innego, więc powinny funkcjonować w sposób im właściwy, to zaś wymaga zachowania pewnej hierarchii między nimi. Niestety, samo z siebie nic się nie dzieje, a sprawy pozostawione samopas raczej nie dążą do samonaprawy.
Jeżeli mamy trzy elementy, to trzeba rozważyć możliwe relacje pomiędzy nimi oraz wynikające z nich skutki.

Możliwymi relacjami od najprostszej do najbardziej rozwiniętej są:

  1.   Dominacja władz zmysłowych nad intelektualnymi (poziom 1);
  2.   Dominacja woli nad władzami zmysłowymi i intelektem (poziom 2);
  3. Dominacja władz intelektualnych nad zmysłowymi (poziom 3);
  4. Współpraca intelektu z wolą i władzami zmysłowymi (poziom 4).

Poziomy te związane są wyłącznie z ukształtowaniem osobowości (co można określić mianem poziomu rozwoju), natomiast nie mają związku z tzw. „inteligencją”, mierzoną wskaźnikiem IQ, jak również poziomem wykształcenia, mierzonym w dyplomach.
Kształtowanie osobowości, tradycyjne zwane „wychowaniem” powinno polegać na rozwoju od poziomu 1 do 4, a więc relacji od zdominowanych przez jakąś władzę do harmonijnej współpracy trzech władz funkcjonujących w sposób dla siebie właściwy.

Rzecz wymyślono już dawno, tyle że ostatnie parę dekad upłynęło pod wpływem Spocka et consortes, więc są to sprawy cokolwiek zapomniane, niemniej w żadnym stopniu nie wpłynęło to na ich aktualność – po prostu człowiek tak działa, choć mało kto już o tym wie. Określenie „poziomu rozwoju osobowości” wprowadził bardzo ceniony za granicą polski psychiatra kliniczny, prof. Dąbrowski, specjalizujący się w diagnozowaniu nerwic i mający rewelacyjne wyniki w wyprowadzaniu z nich (niestety, muszę tu zmartwić co niektórych posłów poprzedniej koalicji parlamentarnej – profesor już nie żyje, więc kontaktu nie udostępnię). Co prawda profesor wskazał na pięć poziomów, ale pierwszy i drugi różnią się od siebie na tyle nieznacznie, że możemy je sobie tu scalić.

No ale o tym to wieczorem, w kolejnej części…

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000