Bajka o (biało)Czerwonym Kapturku (z 2004 r.)

Szło przez las wdzięczne dziewczę do Babci z obiadem

Ścieżka wiła się pięknie w mechatym tunelu

wśród cieni rozedrganych, wyznaczna śladem

złocistego kobierca z piasku, aż do celu.

 

Suknia na niej kwiecista łaty tysiącznemi,

kryjącymi niezdarnie wiek prawdziwy szaty,

Lecz wzrok panny pogodny, błądzący w zieleni

Uśmiech biało-różany, młodością bogaty.

 

Pierwszy raz wreszcie wolna od macochy władzy

pełnej praw i zakazów (z ostatnich przewagą),

szorowania podłogi i komina z sadzy,

z posłuszeństwem co rusz to odnawianym lagą.

 

Wypuściła macocha wreszcie z łap niedźwiedzich

po latach upokorzeń, wolności tęsknoty,

łez rozlicznych i buntów. Teraz stara siedzi

rozwścieczona na piecu, rwąc swoje gramoty.

 

„Babcia mnie nie opuści, jak tarczą osłoni”

Buduje dziewczę w myślach swe plany po trosze

Niepomna, że gdy dzieckiem cudem uszła z toni,

To babcia ją „na zawsze” oddała macosze.

 

„Obiad w koszyczku pyszny, wiem co Babcia lubi”

Idzie sprężyście ścieżką, światem zachwycona,

gdy zza krzaków dwunastu wyskakuje ludzi

otaczając ją kręgiem. Zbladła, przerażona.

 

Herszt, najwyższy z dwunastki, patrzy pożądliwie

na krągłości dziewczęcia ledwo co skrywane:

„Donnerwetter, mein Liebe, bardzo ci się dziwię

że przez las idziesz sama, porzuciwszy mamę”.

 

„Moja mama jest w niebie, tamta to macocha”

Dumnie rzuca dziewczyna, choć się boi drania.

„Wiem, to przecież nasz kamrat, mówi że cię kocha,

lecz widzę że już dość masz tego jej kochania

 

Możemy cię ochronić, wiesz że raźniej w kupie?”

Dzieweczka oczy spuszcza, przesłania rzęsami

„Bezpieczna tedy będziesz, bowiem w naszej grupie

my stoim za każdego a każdy za nami

 

O babci nie myśl wiele, bo babcia daleko,

My zaś tuż po sąsiedzku mamy swe grodziszcze

Dostaniesz nową suknię, na kolację mleko

I sny twoje najsłodsze za lat parę ziszczę”

 

Pyta dziewczę zdziwione: „Skąd to takie dary,

skąd prezentów bez liku i marzeń ziszczenie?

W bród dać chcecie to wszystko bez żadnej ofiary?

Sen to złoty śnię chyba, precz mi przebudzenie”

 

„To nie sen”- herszt jej rzecze – „To prawda prawdziwa,

sen dopiero się zacznie. A propos ofiary:

Miłości twojej chcemy. Aby była żywa

i na każde żądanie (a nie jestem stary)”

 

O „timeo Danaos et dona ferentes”,

stara prawda trojańska kły wyszczerza skrycie…

„Zanim zgodę wyrażę to trzy conditiones

obiecajcie wypełnić nim wam oddam życie:

 

Po pierwsze: nie dwóch naraz; drugie: „po Bożemu”;

po trzecie: przynieść wody, a żywo, wałkonie !!!”.

I już tworzą kolejkę, mrucząc po kryjomu…

 

Tak mniej więcej wyglądał nasz „sukces” w Lizbonie…

 

 

PS.: wierszyk z 2007 roku, jak widać łatwo jest u nas być prorokiem – wystarczy krakać i polegać na rządzących….

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
3000